"Hej, Przygodo!" to hasło zaczerpnięte z naszej ukraińskiej Przygody Krymskiej. "Hej, Przygodo!" - tylko tyle można powiedzieć, wybierając się na inny kontynent busem, który - ledwie odratowany i doprowadzony do jako-takiego ładu przez niezawodnego M., ma służyć za dom, walizkę, środek transportu i wszystko to, co jest potrzebne w trzytygodniowej podróży.
No to w Drogę!
No to w Drogę!
piątek, 23 marca 2012
Chefchaouen
Pozostaję w zauroczeniu:
Miejscowa Fauna reprezentowana jest przez jeden gatunek:
Jednakowoż - mimo tego, że monogatunkowa - jawi się jako dość urozmaicona....
Jak to w krajach tego kręgu kulturowego - handel i usługi kwitną:
Drewno zgromadzone przed budynkiem oznacza jedno: w środku mieści się piekarnia
I jeszcze trochę kolorów:
Kształt znaku każe się domyślić, co głosi napis....
Młodzież powracająca ze szkół:
czwartek, 22 marca 2012
Na Czarnym Lądzie
Nocleg na kempingu, tuż pod The Rock.
Potem chwila na angielskiej ziemi ("God save the Queen") i zaokrętowanie na prom.
Oddalający się brzeg rodzimego kontynentu:
Na promie bujało, ale i tak było fajnie.
Dobili do brzegów Afryki ok. 14.00.
Z pozoru nie widać tej Afryki, nic się nie zmienia w krajobrazie, po zjechaniu z promu:
Hiszpania europejska:
Hiszpania afrykańska:
Jednak wprawny obserwator zauważy różnice:
ok. 15.30 sms poinformował, że przekraczają granicę z Marokiem i że jest "SAJGON" - cokolwiek by to znaczyło - smsy jednak mało mówią o życiu.
(potem okazało się, że były problemy z kolegą, który wymyślił sobie fotki na tle przejścia granicznego, za co został na krótko zatrzymany przez stosowne służby oraz problemy z ustaleniem właściciela Osiołka, który w pośpiechu nie został przerejestrowany po kupnie)
tuż po 16.00 kolejny sms: "jesteśmy w Maroku! gorąco, tłoczno, głośno, ale fajnie"
20.00 "ciągle jedziemy. za godzinę dojedziemy i napiszę więcej"
21.08 "jest ok. Dojechaliśmy na camping. Jest bardzo wysoko, ale to urocze miejsce. Dość drogie telefony i smsy."
W krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że jutro w miasteczku zostaną zakupione lokalne karty telefoniczne - wszak w Maroko mają spędzić kilka dni i na pewno nie będzie opłacało się korzystać z polskich. "Krówka" spisała się dzielnie na podjazdach, trzeba tylko przejrzeć zawieszenie i sterowanie w jakimś miejscowym warsztacie. Pozostałe samochody też dzielnie, chociaż Osioł coraz bardziej daje znaki, że pilnie potrzebuje wizyty u specjalisty. Na pewno jakiś się znajdzie.
Miasteczko noclegowe nazywa się Chefchaouen.
http://en.wikipedia.org/wiki/Chefchaouen
(dla nie-anglojęzycznych: po lewej stronie można przełączyć sobie język, włączyłam w angielskim, bo było więcej zdjęć)
Pierwsza noc pod afrykańskim niebem. Pierwsze wrażenie: czy tutaj mają więcej gwiazd, niż u nas?
Potem chwila na angielskiej ziemi ("God save the Queen") i zaokrętowanie na prom.
Oddalający się brzeg rodzimego kontynentu:
Na promie bujało, ale i tak było fajnie.
Dobili do brzegów Afryki ok. 14.00.
Z pozoru nie widać tej Afryki, nic się nie zmienia w krajobrazie, po zjechaniu z promu:
Hiszpania europejska:
Hiszpania afrykańska:
Jednak wprawny obserwator zauważy różnice:
ok. 15.30 sms poinformował, że przekraczają granicę z Marokiem i że jest "SAJGON" - cokolwiek by to znaczyło - smsy jednak mało mówią o życiu.
(potem okazało się, że były problemy z kolegą, który wymyślił sobie fotki na tle przejścia granicznego, za co został na krótko zatrzymany przez stosowne służby oraz problemy z ustaleniem właściciela Osiołka, który w pośpiechu nie został przerejestrowany po kupnie)
tuż po 16.00 kolejny sms: "jesteśmy w Maroku! gorąco, tłoczno, głośno, ale fajnie"
20.00 "ciągle jedziemy. za godzinę dojedziemy i napiszę więcej"
21.08 "jest ok. Dojechaliśmy na camping. Jest bardzo wysoko, ale to urocze miejsce. Dość drogie telefony i smsy."
W krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że jutro w miasteczku zostaną zakupione lokalne karty telefoniczne - wszak w Maroko mają spędzić kilka dni i na pewno nie będzie opłacało się korzystać z polskich. "Krówka" spisała się dzielnie na podjazdach, trzeba tylko przejrzeć zawieszenie i sterowanie w jakimś miejscowym warsztacie. Pozostałe samochody też dzielnie, chociaż Osioł coraz bardziej daje znaki, że pilnie potrzebuje wizyty u specjalisty. Na pewno jakiś się znajdzie.
Miasteczko noclegowe nazywa się Chefchaouen.
http://en.wikipedia.org/wiki/Chefchaouen
(dla nie-anglojęzycznych: po lewej stronie można przełączyć sobie język, włączyłam w angielskim, bo było więcej zdjęć)
Pierwsza noc pod afrykańskim niebem. Pierwsze wrażenie: czy tutaj mają więcej gwiazd, niż u nas?
środa, 21 marca 2012
Gibraltar
Na kraniec Europy Wyprawa dotarła tuż przed godziną dwudziestą.
Bez przygód, jadąc sobie wolnym tempem przez góry, rzeki i doliny.
Znaleźli miejsce na obozowisko i poszli zjeść kolację.
Informacja z Wikipedii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Gibraltar
Oraz kilka fotek:
nocne uszkodzenie "Mućki"
flaga uzbecka...niestety, mniej przystosowana do podróży, niż polska....
hiszpańskie śniegi.....
hiszpańska Fauna....
Cel coraz bliżej...
Ciekawy las...
Kebab obecny wszędzie, prawie jak w Otwocku:
Krajobraz typowo hiszpański:
Ciekawostka...tak, TU też byli:
The Rock wyłania się z wody:
I wreszcie u celu, na krańcu Europy:
W pełnym składzie wyprawowym (dołączyła ekipa podróżująca renault "Renatą"), jutro z samego rana będą się starali opuścić rodzimy kontynent.
Bez przygód, jadąc sobie wolnym tempem przez góry, rzeki i doliny.
Znaleźli miejsce na obozowisko i poszli zjeść kolację.
Informacja z Wikipedii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Gibraltar
Oraz kilka fotek:
nocne uszkodzenie "Mućki"
flaga uzbecka...niestety, mniej przystosowana do podróży, niż polska....
hiszpańskie śniegi.....
hiszpańska Fauna....
Cel coraz bliżej...
Ciekawy las...
Kebab obecny wszędzie, prawie jak w Otwocku:
Krajobraz typowo hiszpański:
Ciekawostka...tak, TU też byli:
The Rock wyłania się z wody:
I wreszcie u celu, na krańcu Europy:
W pełnym składzie wyprawowym (dołączyła ekipa podróżująca renault "Renatą"), jutro z samego rana będą się starali opuścić rodzimy kontynent.
wtorek, 20 marca 2012
"Pierwsze koty za płoty"
Gdybyż to tak łatwo można było sobie powiedzieć....
Dzisiejszy dzień to pasmo porażek.
Rano diagnozowanie usterek w busach: problemy z opanowywaniem "Mućki" przy skręcaniu, to nie problemy z zawieszeniem, tylko z napędem. Niebezpieczne to zbytnio nie jest, tyle, że muszą liczyć się z tym, że może się tak zdarzyć, że nagle i niespodziewanie samochód STANIE. Naprawiać tego w Hiszpanii nie ma sensu, skoro zmierzają do Maroka. W Maroku są dużo tańsze części. I łatwiej dostępne. Trzeba przez Hiszpanię przeczłapać grzecznie i bez zbytniego zastanawiania się, "czy przejedzie? czy się uda?" ciiichoooo...nie drażnić "Krówki". Osiołek też otrzymał diagnozę i podobne zalecenia: do Maroka!
Potem kilka entuzjastycznych smsów do Polski, o tym, jak jest fajnie: że jedzenie smaczne, że Barcelona piękna, że zaraz idą na STADION...
Aż nagle, w środku dnia, w centrum cywilizowanego, zachodnioeuropejskiego miasta (fotka powyżej)
OKRADZIONO BUSA.
Zginęły głównie rzeczy, należące do D. On, zwykle hiperostrożny i zapobiegliwy, idąc na obiad (niedaleko!), stwierdził, że rzeczy zabierze ze sobą dopiero, kiedy będzie szedł zwiedzać stadion. Do pobliskiej knajpy nie będzie ciągnął laptopa z plecakiem, zapasowego telefonu, ładowarek i paru innych rzeczy. A szkoda...bo już ich więcej nie zobaczy. Złodzieje najpewniej ich obserwowali i śledzili - wiedzieli, ile będą mieli czasu na buszowanie. Otworzyli trzy busy, tylko z naszego coś zginęło - w pozostałych po prostu NIC nie było. Panowie zostali bez ładowarek do wszystkiego. W torbie od laptopa były ulubione, nowe, pancerno-eleganckie okulary D. Korekcyjne, a jakże. Bo "w miasto" wybrał się w przeciwsłonecznych. Był też dysk przenośny z ABSOLUTNIE CAŁĄ naszą muzyką domową.
Na szczęście nie skradziono pieniędzy (a były w samochodzie!), dokumentów, kart kredytowych. Na szczęście nikt z nocujących w busach, nie dostał po głowie.
Na szczęście udało się dokupić ładowarki (telefon i aparat fotograficzny!!!).
Na szczęście - być może - uda się uzyskać odszkodowanie od ubezpieczyciela.
Zwiedzanie Camp Nou nie było jednak wcale radosne.
Ale fotki, dla Potomności, powstały. Na nich nie widać nastroju wykonującego, na szczęście...
Zostały też zakupione pamiątki dla Jednego Takiego Kibica.
Wszyscy Hiszpanie, którym opowiadali o zdarzeniu, byli pełni współczucia. Przepraszali policjanci, przepraszali taksówkarze, przepraszali przechodnie, zainteresowani, co się wydarzyło. Prosili, żeby nie zapamiętywać TAKIEJ Hiszpanii i TAKIEJ Barcelony. Cóż...trudno będzie zapomnieć.
Zaraz po wyjeździe z pechowej Barcelony (kierunek: Gibraltar), ogrzewanie w Mućce przestało działać i momentalnie zrobiło się lodowato. Jakby jeszcze na dzień dzisiejszy zbyt mało było atrakcji.
Nie minęło kilkanaście minut - stłuczka. Inny - "obcy" - samochód zawadził o naszą "Krówkę". Straty małe, ewidentna wina tego drugiego - hiszpański kierowca zapłacił ustaloną kwotę odszkodowania i rozstali się bez wzywania policji. Jednak "Krówka" jedzie dalej z uszczerbkiem na urodzie.
Przesądni w tym momencie zawróciliby do domów, z podkulonymi ogonami.....
Zawsze oczywiście lepiej myśleć, że był to najgorszy dzień Wyprawy, a teraz wszystko będzie idealnie i pięknie.
Dzisiejszy dzień to pasmo porażek.
Rano diagnozowanie usterek w busach: problemy z opanowywaniem "Mućki" przy skręcaniu, to nie problemy z zawieszeniem, tylko z napędem. Niebezpieczne to zbytnio nie jest, tyle, że muszą liczyć się z tym, że może się tak zdarzyć, że nagle i niespodziewanie samochód STANIE. Naprawiać tego w Hiszpanii nie ma sensu, skoro zmierzają do Maroka. W Maroku są dużo tańsze części. I łatwiej dostępne. Trzeba przez Hiszpanię przeczłapać grzecznie i bez zbytniego zastanawiania się, "czy przejedzie? czy się uda?" ciiichoooo...nie drażnić "Krówki". Osiołek też otrzymał diagnozę i podobne zalecenia: do Maroka!
Potem kilka entuzjastycznych smsów do Polski, o tym, jak jest fajnie: że jedzenie smaczne, że Barcelona piękna, że zaraz idą na STADION...
Aż nagle, w środku dnia, w centrum cywilizowanego, zachodnioeuropejskiego miasta (fotka powyżej)
OKRADZIONO BUSA.
Zginęły głównie rzeczy, należące do D. On, zwykle hiperostrożny i zapobiegliwy, idąc na obiad (niedaleko!), stwierdził, że rzeczy zabierze ze sobą dopiero, kiedy będzie szedł zwiedzać stadion. Do pobliskiej knajpy nie będzie ciągnął laptopa z plecakiem, zapasowego telefonu, ładowarek i paru innych rzeczy. A szkoda...bo już ich więcej nie zobaczy. Złodzieje najpewniej ich obserwowali i śledzili - wiedzieli, ile będą mieli czasu na buszowanie. Otworzyli trzy busy, tylko z naszego coś zginęło - w pozostałych po prostu NIC nie było. Panowie zostali bez ładowarek do wszystkiego. W torbie od laptopa były ulubione, nowe, pancerno-eleganckie okulary D. Korekcyjne, a jakże. Bo "w miasto" wybrał się w przeciwsłonecznych. Był też dysk przenośny z ABSOLUTNIE CAŁĄ naszą muzyką domową.
Na szczęście nie skradziono pieniędzy (a były w samochodzie!), dokumentów, kart kredytowych. Na szczęście nikt z nocujących w busach, nie dostał po głowie.
Na szczęście udało się dokupić ładowarki (telefon i aparat fotograficzny!!!).
Na szczęście - być może - uda się uzyskać odszkodowanie od ubezpieczyciela.
Zwiedzanie Camp Nou nie było jednak wcale radosne.
Ale fotki, dla Potomności, powstały. Na nich nie widać nastroju wykonującego, na szczęście...
Zostały też zakupione pamiątki dla Jednego Takiego Kibica.
Wszyscy Hiszpanie, którym opowiadali o zdarzeniu, byli pełni współczucia. Przepraszali policjanci, przepraszali taksówkarze, przepraszali przechodnie, zainteresowani, co się wydarzyło. Prosili, żeby nie zapamiętywać TAKIEJ Hiszpanii i TAKIEJ Barcelony. Cóż...trudno będzie zapomnieć.
Zaraz po wyjeździe z pechowej Barcelony (kierunek: Gibraltar), ogrzewanie w Mućce przestało działać i momentalnie zrobiło się lodowato. Jakby jeszcze na dzień dzisiejszy zbyt mało było atrakcji.
Nie minęło kilkanaście minut - stłuczka. Inny - "obcy" - samochód zawadził o naszą "Krówkę". Straty małe, ewidentna wina tego drugiego - hiszpański kierowca zapłacił ustaloną kwotę odszkodowania i rozstali się bez wzywania policji. Jednak "Krówka" jedzie dalej z uszczerbkiem na urodzie.
Przesądni w tym momencie zawróciliby do domów, z podkulonymi ogonami.....
Zawsze oczywiście lepiej myśleć, że był to najgorszy dzień Wyprawy, a teraz wszystko będzie idealnie i pięknie.
poniedziałek, 19 marca 2012
Trzeci etap zakończony, uff
Po całonocnej, i prawie całodniowej jeździe na zmiany (w "naszej" Mućce zaczyna niepokojąco stukać na skrętach), Wyprawa dotarła do celu trzeciego etapu.
Kilka naklejek:
Wjazd do Barcelony:
Jutro decyzja, czy kontynuacja podróży odbędzie się drogą lądową, czy lepiej będzie już w Barcelonie wsiąść na prom.
Na razie Towarzystwo nastawia się na mycie i odpoczynek - część w mieszkaniu Znajomych, część w - zaparkowanych w centrum Barcelony - busach (dla bezpieczeństwa).
O Barcelonie można poczytać sobie tu:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Barcelona
Kilka naklejek:
Wjazd do Barcelony:
Jutro decyzja, czy kontynuacja podróży odbędzie się drogą lądową, czy lepiej będzie już w Barcelonie wsiąść na prom.
Na razie Towarzystwo nastawia się na mycie i odpoczynek - część w mieszkaniu Znajomych, część w - zaparkowanych w centrum Barcelony - busach (dla bezpieczeństwa).
O Barcelonie można poczytać sobie tu:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Barcelona
Trzeci etap
Cel: Barcelona!
Po krótkim popasie w Stuttgarcie, został obrany kurs na Barcelonę. Jazda będzie aż do zmęczenia kierowców, więc faktycznie nie wiadomo, kiedy etap ten się zakończy. Chodzi o to, żeby jak najszybciej dotrzeć gdzieś, gdzie jest odrobinę cieplej i nie pada deszcz.
Ostatni dzisiejszy meldunek pochodził ze Schwarzwaldu i brzmiał: "fotoradar zrobił nam zdjęcie, jak jechaliśmy 40km/h. Okazuje się, że w miasteczkach po godz. 22.00 jest ograniczenie do 30km/h".
Pięknie, pięknie....
suplement: właśnie dostałam smsa: "France"
Vive la France!
Po krótkim popasie w Stuttgarcie, został obrany kurs na Barcelonę. Jazda będzie aż do zmęczenia kierowców, więc faktycznie nie wiadomo, kiedy etap ten się zakończy. Chodzi o to, żeby jak najszybciej dotrzeć gdzieś, gdzie jest odrobinę cieplej i nie pada deszcz.
Ostatni dzisiejszy meldunek pochodził ze Schwarzwaldu i brzmiał: "fotoradar zrobił nam zdjęcie, jak jechaliśmy 40km/h. Okazuje się, że w miasteczkach po godz. 22.00 jest ograniczenie do 30km/h".
Pięknie, pięknie....
suplement: właśnie dostałam smsa: "France"
Vive la France!
Subskrybuj:
Posty (Atom)