"Hej, Przygodo!" to hasło zaczerpnięte z naszej ukraińskiej Przygody Krymskiej. "Hej, Przygodo!" - tylko tyle można powiedzieć, wybierając się na inny kontynent busem, który - ledwie odratowany i doprowadzony do jako-takiego ładu przez niezawodnego M., ma służyć za dom, walizkę, środek transportu i wszystko to, co jest potrzebne w trzytygodniowej podróży.
No to w Drogę!

niedziela, 30 grudnia 2012

No to: w drogę!

Rano znów budzą nas - znane już - dźwięki: szum wiatru i uderzenia liści o dach. Ale tym razem już wiemy, że nie jest to zapowiedź deszczu...
Zjadamy śniadanie, ostatni rzut oka na - kapryśny w tym miejscu - internet. Martin raz jeszcze sprawdza swoje felerne lewe koło. Rozliczamy się z właścicielami Kempingu, machamy na pożegnanie Marcusowi z Niemiec i wyruszamy w Nieznane, ku Przygodom. 
Zanim ruszymy na Południe, ku regionowi Casamance, sprawdzamy jeszcze, jak się "miewa" jedyny nie-bus, który uczestniczył w Pierwszej Wyprawie Afrykańskiej. Trochę przykurzony, ale żyje - czeka na przyjazd Właścicieli w najbliższych tygodniach. Zostawiliśmy im wiadomość na szybie - znak, w jakim terminie i o jakiej godzinie dokonaliśmy kontroli.


Zaczyna robić się cokolwiek gorąco. Ale jeszcze znośnie. Wybraliśmy termin naszej Wyprawy ze względu na to, że styczeń jest tu najchłodniejszym miesiącem. Jeśli ma się okazać, że nie jestem przystosowana do afrykańskich temperatur, niech to wyjdzie na jaw "zimą", może wtedy uda mi się przetrwać....
Dostrzegam pierwsze owoce na drzewach: cytryny! Teraz będę wypatrywać bananów. Zawsze chciałam zobaczyć, jak rosną banany.
Po chwilowym zamieszaniu, udaje nam się uruchomić radio z odtwarzaczem. Z głośników płynie muzyka zespołu Mumford and Sons. Jeszcze nie pasuje mi do krajobrazu i klimatu Wyprawy. Zmieniamy na Coldplay. Jest nieco lepiej. Ale trudno znaleźć muzykę, która pasowałaby do tego niesamowitego miejsca...Wiemy jednak, że czegokolwiek będziemy słuchać w samochodzie - nawet jeśli podczas jazdy nie będzie nam pasować do krajobrazu czy sytuacji, po powrocie wystarczy, że przypadkowo usłyszymy tę piosenkę, od razu przypomni nam ona naszą "zimową Afrykę".
Od razu po wyjeździe z terenu kempingu, otacza nas Afryka. Im bardziej oddalamy się od centrum Banjul, tym robi się egzotyczniej na - i przy - drodze. Z Sukuty, którą można zaliczyć do przedmieść stolicy, jedziemy przez miasteczko Brikama, na południe, ku granicy z Senegalem, potem ku naszej - wypatrzonej na mapie i wyszukanej w przewodnikach - atlantyckiej plaży w pobliżu miasteczka Abene. Tu zamierzamy pożegnać Stary i powitać Nowy Rok.
Tymczasem tkwimy z nosami przy szybie, zastanawiając się, czy nie staliśmy się bohaterami kolejnego odcinka filmu krajoznawczego z cyklu: "National Geografic przedstawia". Muszę to napisać, chociaż długo się zastanawiałam, czy powinnam. Afryka jest nie do opisania. Mimo tego, że od dzieciństwa byłam czytelniczką książek podróżniczych (moja fascynacja zaczęła się chyba od przygód Tomka Wilmowskiego, potem chwytałam w ręce wszystko, co z poznawaniem świata miało cokolwiek wspólnego), oglądałam również setki filmów dokumentalnych, chłonęłam opowieści tych, którzy odwiedzili to czy tamto miejsce - w tym również Dymitra, który wszak był w tych rejonach i nie szczędził mi barwnych szczegółów. Wydawało mi się, że gdziekolwiek bym nie pojechała, wiem, czego mogę się spodziewać. Afryka mnie pokonała, bo... jest nie do wyobrażenia, póki się samemu, osobiście jej nie skosztuje, nie zobaczy, nie dozna. W pewnym momencie - właśnie gdzieś na tej drodze między Gambią a Senegalem, czyli tuż po wyruszeniu w trasę i niezbyt daleko w głąb Czarnego Lądu, zrozumiałam, że będzie mi bardzo ciężko napisać relację z podróży dla kogoś, kto nigdy nie był w Afryce, dla kogoś, u kogo samo słowo: "Afryka" - wywołuje dreszcz strachu przed nieznanym. Przyznaję, sama bałam się tej podróży, nie potrafiąc sprecyzować, czego konkretnie się obawiam.
Europejczyk, "skażony" cywilizacją, musi się najpierw pozbyć "europejskiego" sposobu myślenia i postrzegania świata. Trudno tego dokonać, siedząc w fotelu z filiżanką aromatycznej kawy i czytając opowieści z dalekich krajów, czy nawet oglądając film. Dlatego z góry przepraszam, ale moja Afryka jest wyłącznie jej obrazem, który odcisnął się w mojej pamięci. Nie sądzę, żeby istniały dwie osoby, na których ten kontynent wywarł identyczne wrażenie.

foto by Mirek
foto by Mirek


foto by Mirek

Jedziemy przez identycznie wyglądające mieściny. Rowery, śmieci, kozy, śmieci, owce, śmieci, kolorowo ubrane kobiety, osły zaprzężone do wózków, jeden chudy koń, nieliczne samochody, najczęściej na wpół zardzewiałe busy, spełniające rolę komunikacji międzymiastowej, śmieci, przydrożne baraki, okazujące się raz warsztatem rowerowym, kiedy indziej punktem produkującym drewniane ramy łóżek, kawiarnią, sklepem spożywczym - ale to można ocenić dopiero po zajrzeniu do środka - z zewnątrz wyglądają niemal tak samo. Pomarańczowa ziemia, jasnoszare niebo, drzewa cytrynowe, żółto-beżowe ściany budynków, z których czasem zwieszają się oblepione kolorowymi kwiatami gałęzie. 




Kontrola policyjna (chociaż kto wie, czy policyjna? tutaj są różnorodne służby mundurowe) - po raz pierwszy trochę stresujące dla mnie wydarzenie - ale panowie pytają tylko o samopoczucie ("how are you?) i cel wycieczki. Po kilkuset metrach - kolejna kontrola z tym samym zestawem pytań. Jednak wisi gdzieś w powietrzu i inne pytanie: "co masz dla mnie?", które tym razem jeszcze nie pada, ale Dymitr, nauczony doświadczeniem, jest na nie przygotowany.
Jadąc przez miasteczka, machamy przyjaźnie - dobrze jest zostawiać po sobie miłe wspomnienia, nawet jeśli przejeżdża się tylko, bez przystanku, przez jakieś miejsce. Dzieciaki uśmiechają się do nas - mamy ciekawy klakson z odgłosami zwierząt. Najczęściej używamy krowy - wszak nasz bus to "Krówka".

Ok. 16.00 docieramy do granicy Gambii z Senegalem.

foto by Mirek

Chaos, to jedyne słowo, które przychodzi mi do europejskiej głowy, żeby opisać to, co widzę. Dzieci, kozy, handlarze, owce, psy, służby mundurowe - wszyscy oni pośród śmieci, śmieci, które nie wyglądają jak miejscowy odpad - w większości są to torebki foliowe i inne opakowania. Dziękujemy ci, Cywilizacjo, że dotarłaś do Czarnego Lądu.......
Budynek służb granicznych wygląda jak wszystkie inne budynki, które dotąd widziałam: brudny i oskubany barak. Dymitr znika w środku, wraz z naszymi dokumentami, my zostajemy w busie. Zaproponował taką taktykę, żeby zaoszczędzić czas: jeśli wchodzi do kontroli on sam, tylko on jeden jest obiektem zainteresowania licznych urzędników (jak się masz? skąd jedziesz? dokąd? z Polski? naprawdę? skąd masz czaszkę na samochodzie? przywiozłeś swoją rodzinę? - i tak w nieskończoność.......). Gdybyśmy weszli do "urzędu" całą czwórką, na te same pytania musielibyśmy odpowiadać cztery razy. I również cztery razy zapytano by nas, czy przypadkiem nie mamy dla pana urzędnika jakiegoś prezentu. Buty? Czapka? Okulary? Może chociaż długopis? Tuż pod tabliczką z napisem: "NIE dla korupcji".
Kontrola graniczna będzie trwała zwykle kilka - kilkanaście minut - właśnie ze względu na te - z europejskiego punktu widzenia - niczemu nie służące - wypytywanki.
W tym czasie do naszych busów przylepiają się dzieciaki w różnym wieku. Nie dwoje, nie pięcioro - śmiało można powiedzieć, że całe, sporawe i rosnące w oczach - stadko. Najpierw oferują swoje towary - orzechy i pomarańcze, oczywiście przyniesione w misach na głowie. Ale bardzo szybko dziecięca ciekawość bierze górę: "skąd przyjechaliście, dokąd jedziecie, ile macie lat, macie słodycze, macie zabawki, macie długopisy?" Mamy to wszystko, ale - z doświadczenia Dymitra wiemy, że na granicach nie prowadzi się akcji rozdawania - przede wszystkim z dwóch powodów: 1. wieść o tym, że ktoś coś rozdaje, rozchodzi się błyskawicznie i wywołuje  namnożenie się dzieci w tempie prze-potwornym. Nie sposób obdarować wszystkich, choćby się miało ze sobą obwoźną fabrykę długopisów....2. dzieci przy granicy mają większe możliwości zarobku, czy po prostu zdobycia czegokolwiek od turystów. My nasze prezenty postanowiliśmy rozdać w wioskach, z dala od szlaków wycieczkowych, gdzie mało kto zagląda.
 Granica senegalska. Powtórka z granicy gambijskiej: dzieci, owce, kozy, psy i śmieci. Jedyną różnicą jest to, że kończy się przyjazny język angielski, zaczyna obowiązywać francuski. Jednak prawda jest taka, że jeśli ktoś bardzo chce się dogadać, dogada się zawsze i wszędzie.
 Niewątpliwie największe zainteresowanie dzieci wzbudza aparat na zębach Gilberta. Koniecznie chcą wiedzieć, czy ja i Ismena również mamy takie "coś".
Jedna z rzeczy, której nie spodziewałabym się na granicy gambijsko-senegalskiej, to usłyszeć ojczysty język od kogoś, spoza naszej Ekipy. "Jak się masz?" - tubalnym głosem pozdrawia nas miejscowy kierowca, zauważywszy napisy na naszych busach. Polska mowa dociera wszędzie.

Tuż za granicą, drogę przebiega nam stado rudych małp. Jesteśmy tak zaskoczeni, że nie zdążamy pstryknąć im zdjęć. Ale pierwsze afrykańskie dzikie zwierzęta mamy zaliczone. Chwilę potem - również nie starcza nam refleksu na zdjęcie - widzimy afrykańskie krowy, pasące się w lesie palmowym. Chyba marni z nas fotografowie....
Poniżej: całkiem dobra, senegalska droga. Zaledwie jedna dziura. Co odważniejsi ( i wyposażeni w odpowiednie obuwie) Panowie nurkują w krzakach, w celu zdobycia drewna na ognisko. Asia zdobywa naręcze przydrożnej mięty.




Pierwszy most, który pokonujemy właściwie tylko po to, żeby zobaczyć, jak to jest przejechać nad sporą rzeką - most w Diouloulou. Widoki, rzeczywiście, niespotykane nigdzie indziej. Jednak zawracamy na zaplanowaną drogę, aby przed wieczorem dotrzeć do Abene.



Zaraz po zmianie kierunku, kończy się asfalt, zaczyna typowo afrykańska droga, której pokonanie oznacza unurzanie się w rudym pyle.  Poza tym, bez zmian: owce, kozy, osły, śmieci oraz ruderowato wyglądające domostwa. Tylko jakby jeszcze bardziej dziko, niż do tej pory.....



Późnym popołudniem docieramy do Atlantyku. Pogoda - jak widać - mało afrykańska. Znowu przemyka mi przez myśl, że może ta pora sucha w tym roku będzie inna i po prostu - ku zdziwieniu wszystkich - spadnie deszcz? Zarówno niebo, jak i wody oceanu, są szarobure, woda chłodna. Jednak  miękki piasek zaprasza do spacerów i każe czerpać radość z obcowania z naturą: wszak w Polsce jest śnieg i kilka stopni (ciepła lub zimna - to bez znaczenia, wobec afrykańskich dwudziestu kilku).




Na plaży jest spory ruch, czego się nie spodziewałam. I duża ilość europejskich turystów, czego spodziewałam się jeszcze mniej.



 Na obozowisko wybieramy miejsce tuż przy plaży, pod wielkimi drzewami iglastymi. Okazuje się, że szyszki tych (lub innych pobliskich drzew) mają mało przyjemną właściwość wbijania się w skórę. Cóż: dobrze, że to nie jakieś insekty....



foto by Mirek
Miejscowi, oczywiście, są "na posterunku" - od samego przyjazdu towarzyszy nam Ibrahim (potem dołącza do niego kolega, też Ibrahim) - który zaczyna standardowym: "jak się macie"(naturalnie - po francusku), a potem - zdobywszy o nas wszelkie informacje, opowiada i o sobie. W międzyczasie płynnie przechodzi na angielski, dowiedziawszy się, że nam z francuskim jest jakoś nie po drodze. Ibrahim jest nauczycielem historii i ...Gambijczykiem. Przyjechał do Abene na obchody powitania Nowego Roku i związany z nimi festiwal bębniarski. To jest duże wydarzenie dla okolicznych mieszkańców, dlatego w miasteczku, na tych kilka dni, jest tłoczno i radośnie.


Kiedy już wszyscy czują się rozlokowani, szykujemy wspólną kolację: warzywa z ryżem w sosie curry.


Jak widać, czołówki znowu w użyciu, ku mojej frustracji. No, ale inaczej po prostu się nie da.
Kolacja, dzięki współpracy obydwu ekip, wychodzi wyborna. Zjadamy ją w towarzystwie naszych nowych znajomych.
A potem obserwujemy poziomy(!) księżyc i gwiazdy oraz wsłuchujemy się w odgłosy Afryki.
Pierwsza noc w plenerze. Trzy namioty, dwa busy. Ja z Ismeną będę spać w naszym samochodzie, Martin z Asią w białej "Krówce". Panowie w namiotach: Gilbert i Dymitr razem, Jarek i Mirek osobno. Jakoś w pobliżu oceanu nie napawa mnie to strachem, jest tak.....zwyczajnie, prawie jak na Krymie.













sobota, 29 grudnia 2012

Pierwsze wrażenia


W czasie lotu dowiaduję się, że czeka nas międzylądowanie na Wyspach Zielonego Przylądka. Tam mnie jeszcze nie było...Czy aby jest tam dość miejsca na wylądowanie? Jest. Za to widać wyraźnie, że jesteśmy już poza cywilizacją - lotnisko i miasto wokół nie jest tak rozświetlone, jak to ma miejsce w Europie. Tutaj świetlne punkciki są pojedynczymi iskierkami, nie ma skupisk i większych placów, jaśniejących w dole.
Samolot zostawia  na Wyspach kilkanaście osób, spragnionych słońca, w zamian - zabiera na pokład kilkanaście osób, które - widać wyraźnie - ze słońcem sobie beztrosko poczynały.
Lecimy do Banjul, stolicy Gambii. Na ekranie, zamiast filmu, wyświetla się mapa tego, co pod nami. Litości, co ja zrobiłam??? Naprawdę mnie tu przywiało? Za chwilę wysiądę z bezpiecznego (ja to mówię? ja?) samolotu, stanę na dzikiej, gorącej, nieznanej ziemi i...i nic już nie będzie tak samo.
Lądowanie, krótkie kołowanie, zabieranie bagażu, wysiadamy.
Ciepło, ale nie gorąco.
Cicho. Cykady.
Ciemno, nie widać krajobrazu, nie widać Afryki, ale....czuć ją. Pachnie Afryką. Jest INACZEJ.
Bardzo dziwne uczucie.
W hali przylotów malutkiego lotniska za klimatyzację służą wiatraki, kręcące się dość niemrawo. My - w ubraniach dość uniwersalnych, ale jednak bardziej zimowych, niż letnich, rozbieramy się z kolejnych warstw i cierpliwie czekamy na nasze bagaże - czy, w związku z awarią samolotu jeszcze przed startem, coś nie zostało zagubione? Po kilkunastominutowym oczekiwaniu, odbieramy nasze wojskowe wory, w całości i w komplecie. Ustawiamy się w kolejce do odprawy. Proporcje Europejczyków i Afrykańczyków wśród podróżnych dokładnie odwrotne, niż we Frankfurcie. Stanowimy największą grupę białych ludzi na lotnisku. Czuję się tak, jakby to był sen, albo jakbym trafiła do filmu - jednego z tych, które tak lubię oglądać na kanałach przyrodniczych. Jest...egzotycznie. Jednak to słowo wcale w pełni nie oddaje tego, co widzę i odczuwam.
W hali głównej oczekują na nas Claudia i Joel - niemieccy właściciele kempingu Sukuta, na którym zimują nasze busy, i który będzie miejscem startowym oraz metą Wyprawy. Claudia i Joe przyjechali po nas swoim mercedesem MB100 - pierwszy raz mam okazję jechać takim samochodem, w jakim spędzę najbliższe dwa tygodnie. Uwielbiam ten samochód od pierwszego wejrzenia, bo staje się moim schronieniem przed kilkunastoma "tragarzami", którzy chętnie "pomogą" w pchaniu wózka z bagażem, niesieniu torby podręcznej, w czymkolwiek, albo po prostu popatrzą na to, jak ktoś inny pomaga, albo po prostu zapytają skąd jesteśmy, jak się miewamy, dokąd zmierzamy i jak nam się podoba, zaś po całej "ceremonii" przejścia orszakiem z budynku lotniska do samochodu, poproszą uprzejmie o zapłatę - za pomoc, za rozmowę, za towarzystwo, lub...za nic, bo przecież biały, Europejczyk, jest bogaty i przyjeżdża do Afryki tylko po to, żeby wspomóc, podzielić się, rozdać. I to nie jest winą Afrykańczyków, że właśnie do takiego postrzegania "białych" są przyzwyczajeni. Wielu ludzi z "cywilizowanej północy" wiedząc, że jedzie do "biednej, dzikiej Afryki", zachowuje się jak "dobrzy wujkowie i ciocie" - tu sypną dzieciom w wiosce cukierkami - prosto z okna luksusowego, terenowego samochodu, tam rzucą, lub wcisną w ciemną rękę kilka drobnych euro -"bo wy tacy biedni tutaj" - i zagłuszą wyrzuty sumienia, że w Europie żyje się inaczej...łatwiej...Tylko czy aby naprawdę lepiej? Miejscowi przyzwyczajeni są od lat do tego, że biały człowiek to chodzący bankomat, na pewno coś wypłaci - jeśli nie pieniądze, to może chociaż długopis?
Mimo tego, że byłam ostrzegana przez afrykańskich bywalców, że właśnie TAK to będzie wyglądać, wszystko jedno: czuję się OSACZONA. Dobrze, że drzwi "embeka" otwierają się tylko po jednej stronie, ja zaś siedzę przy oknie, nie przy drzwiach. Moje samochodowe schronienie. Mój azyl.
Ruszamy w afrykańską noc. Główna droga - z lotniska do centrum stolicy kraju - pokroju dróg ukraińskich. Pomimo późnej pory: jest około 2 w nocy - widzimy przy drodze grupki kolorowo ubranych ludzi. Stoją, idą - sami lub w towarzystwie, z pustymi rękami lub obładowani różnorakim towarem. Jest pierwsza kobieta, niosąca bagaż na głowie! Mimo wszystkich obejrzanych filmów i przeczytanych książek, mimo setek obejrzanych zdjęć - jest to dla mnie niebywała i niewytłumaczalna egzotyka. Jak taką ilość rzeczy można bez wpadki nieść na głowie? Osobiście: nie potrafię przejść dziesięciu metrów z jedną książką na głowie.
Dojeżdżamy do Kempingu Sukuta. Wita nas piękny pies właścicieli, Adonis, rozpuszczony kot (leży na półce w sklepiku, niewidoczny - wyłazi tylko wtedy, kiedy usłyszy turystów przy ladzie: będzie głaskanie i on o tym doskonale wie!), mnóstwo zieleni, niemiecki ład i porządek oraz nasze busy, przygotowane do drogi. W związku moją "afrykańską paniką robalową", decydujemy się pierwsze noce spędzić w domkach, nie w samochodzie i namiocie. Domki okrągłe, schludne, wyposażone w łóżka z moskitierami, stół i szafkę - warunki spartańskie, ale wobec naszych planów na ten wyjazd - wręcz królewskie: młodzież w jednym domku, my w drugim, tuż obok. Nie tak będą wyglądać następne nasze noclegi...



Przeglądam wszelkie kąty w poszukiwaniu czających się - niewątpliwie - pająków, skorpionów, węży i lampartów, sprawdzam szczelność moskitier. Zamykam Potomstwo na klucz, sprawdziwszy uprzednio, czy będą w stanie otworzyć się od wewnątrz, w razie potrzeby. Strach przed tym, co mnie czeka w najbliższych dniach, biadolenie nad własną głupotą, że dałam się tu zaciągnąć - ba! - sama na to nalegałam! - niemal nie pozwalają mi zasnąć. Ale ciekawość Czarnego Lądu jest jednak dużo silniejsza od wszelkich obaw.
Noc mija bez przygód. Budzą nas dziwne dźwięki - najpierw szum wiatru, potem stukanie po dachu. W naszej szerokości geograficznej taki wiatr oznacza jedno: zbliża się burza! Podobne stukanie po dachu wywołują jedynie krople spadającego deszczu. Jednak rozsądek mówi mi, że w porze suchej takie zdarzenia meteorologiczne są tutaj niemal niemożliwe. Otrząsamy się szybko z resztek snu i wyglądamy przez małe, przysłonięte moskitierami okienka: słońce świeci, ani śladu chmur. Po prostu o poranku zerwał się wiatr, szarpiąc gałęziami, z których, na dach naszego domku, spadały duże, ciężkie liście.
Oto sprawcy:



Wychodzimy na zewnątrz. Ciepło, ale nie gorąco. Ptaki śpiewają na różne, nieznane nam wcześniej, głosy. Roślinność różnorodna, nazw nawet nie próbuję odgadywać. Są palmy, są kwitnące krzewy, kilka roślin rozpoznaję, bo...znam ich skarłowaciałych braci z hodowli doniczkowych.
Sam kemping jest bardzo przestronny. Oprócz takiego, jak nasz, jest kilka innych domków - niektóre z własną łazienką, są też pokoje do wynajęcia. Wszystkie pomieszczenia mieszkalne mają małe okienka i lufciki przy samym suficie - wszystko szczelnie przysłonięte moskitierami. Chodzi o to, żeby był dopływ światła i świeżego powietrza do środka, ale żeby nie wpuścić zbyt dużo słońca i nie dopuścić do nagrzania domku w środku. Rzeczywiście - wewnątrz przez cały dzień panuje przyjemny chłód.
Jest prysznic na wolnym powietrzu i zamknięte prysznice w "kąciku toaletowym", jest miejsce do prania i osobne - do zmywania naczyń. Woda gromadzona jest w zbiornikach na dachu i podgrzewana jest...przez słońce. Także najlepiej brać prysznic wieczorem. Jest kuchnia do samodzielnego przygotowywania posiłków oraz restauracja, gdzie można zamówić sobie posiłek lub coś do picia.
Plan sytuacyjny:



I kilka fotek:





Akcent świąteczny, żebyśmy przez warunki atmosferyczne nie zapomnieli, że jest parę dni po Bożym Narodzeniu i parę dni przed Nowym Rokiem. Środek zimy!



Adonis w swoim punkcie obserwacyjnym, na stoliku. Zlokalizowaliśmy też jego miejsce wypoczynku: kanapę, którą zaanektował wyłącznie dla siebie.



Dla ciekawych, cennik:



Rozpoczynamy poszukiwania pożywienia - nie mamy własnych zapasów, ponieważ mieliśmy nie wlec ze sobą europejskiego jedzenia, wszak w Gambii też są sklepy. Restauracja - na szczęście - serwuje śniadania. Co prawda typu francuskiego: bagietka, dżem i kawa/herbata, ale wobec tego, że nie mamy NIC, oprócz chińskich zupek, wystarcza nam i to. Po śniadaniu, zabieramy się żwawo do porządków i przygotowań. Przy czym słowo "żwawo" nie odnosi się do Gilberta, który od samego rana jest jakiś nieswój, czego dyplomatycznie staram się nie zauważać (w ramach akcji: "nie karmić hipochondryka").


W ferworze wywalamy wszystko z busa, myjemy naczynia, sprawdzamy zapasy suchego prowiantu, narzędzi, wycieramy z kurzu, co się da, kompletujemy ekwipunek, oklejamy busy naklejkami.

foto by Mirek

foto by Mirek





Dymitr siłuje się z anteną od radia CB, która prawdopodobnie została uszkodzona przy naprawie zupełnie innego elementu samochodu (bagażnika dachowego), który - nota bene - wcale nie został należycie naprawiony. Ot, afrykańskie metody naprawiania.

foto by Mirek

Ja, z pomocą Ismeny montuję system moskitier w busie. Komary to zło nad złem (malaria) - mimo tego, że większość zasłyszanych opinii brzmi: "w miesiącach suchych komarów zwyczajnie nie ma" - faszerujemy się profilaktycznie lekami przeciwmalarycznymi, psikamy odstraszaczami - i instalujemy zabezpieczenia.




Wnętrze busa po naszych zabiegach, wygląda tak:

foto by Mirek




Obok nas parkuje M. z Niemiec. Przyjechał dużym, zielonym busem z zamiarem pooglądania Afryki a potem sprzedania auta. Prowadziliśmy z nim później ciekawe rozmowy...i to nie tylko na TYM kempingu....


 Po południu (aczkolwiek nie kontrolujemy zegarków), jesteśmy gotowi do wyjazdu zaopatrzeniowego. Wyjazd w dzień poza teren kempingu to dla nas pierwszy szok kulturowy. Ludzie są wszędzie. Piesi, rowerzyści, dorośli, dzieci, kolorowo ubrane kobiety i dużo mniej kolorowi mężczyźni. Samochody trąbią. Bagaże nosi się na głowach - niezależnie od płci i wieku. I nie są to, bynajmniej, drobne zakupy. Każdy środek transportu wyładowany poza granice wyobrażalnej pojemności oraz zupełnie wbrew prawom fizyki. Kozy, psy, owce, dzieci -  na poboczu, przechodzą w dowolnie wybranym miejscu - oczywiście bez wcześniejszego ostrzeżenia - na drugą stronę drogi.
Tankowanie. Trzech panów w różnym wieku towarzyszy nam przy tym skomplikowanym procesie. Patrzą, sprawiając wrażenie, że bez ich obecności zupełnie byśmy sobie nie poradzili. I za tę ich obecność należy im się prezent. A ja nie wierzyłam opowieściom Dymitra, po jego powrocie z Pierwszej Wyprawy Afrykańskiej....Nie tyle nie wierzyłam, co myślałam, że koloryzuje.
Targ owocowo-warzywny. Arbuzy, pomarańcze, banany - są wszędzie, na całym poboczu. Ilu tych ludzi jest?????Mogliby najechać Europę i zdobyć ją w jednej chwili, nawet bez użycia broni, wykorzystując wyłącznie przewagę liczebną.
Jedziemy do "supermarketu". Załoga białego busa odnotowuje usterkę koła. Po dojechaniu na parking, stwierdzają ścieranie się tarcz hamulcowych.  Koło nie wygląda na takie, które odkręcane było w ostatnim dziesięcioleciu, i które miałoby ochotę zostać odkręcone przez następnych lat dziesięć.



Zakupy, nawet w "supermarkecie", wyglądają zupełnie inaczej, niż w Europie, czego się - oczywiście - spodziewałam. Sam sklep ledwie dorównuje wielkością naszym osiedlowym marketom samoobsługowym. Z asortymentem jest nieco gorzej....Brak wędlin, mało nabiału, brak mięsa. Za to przypraw, ryżu, soczewic, soi - do wyboru, do koloru. Nie wiemy jeszcze, że następnym razem zobaczymy równie duży i dobrze zaopatrzony sklep...dopiero po powrocie. W Senegalu wszystko kupuje się w budkach ustawionych wprost na ulicy.


 Kupujemy zapas wody, mleko, ser topiony, makaron, ryż, soczewicę, granulat sojowy, kilka mięsnych konserw - głównie dla Dymitr na śniadania i kolacje, warzywa w puszkach, przyprawy. Będziemy się - obiadowo - żywić po wegetariańsku. Nie mam nic przeciwko temu.



Po zakupach, podczas kiedy Dymitr i Martin siłują się z kołem,  Młodzież degustuje puszkowe napoje kokosowe i owocowe - zgodnie orzekając, że są nie do wypicia, z powodu zbyt dużej zawartości cukru. To dziwne, bo afrykańska coca-cola jest dużo mniej słodka, niż europejska - jest zdatna do picia nawet i dla mnie, co staje się niezłą alternatywą dla wody niegazowanej (woda gazowana w Gambii i Senegalu raczej nie występuje).
Obok nas toczy się codzienne życie. Samochody - głównie taksówki - jadą w jedną i drugą stronę, ludzie chodzą z zakupami lub bez nich (przy czym warto zauważyć, że prawie żaden z miejscowych nie wchodzi do "supermarketu"). Naturalnie, od samego początku akcji "koło", mamy obserwatorów i "pomocników" - jednych na stałe, innych tylko na chwilę. "How are you" i inne sposoby zagajania i podtrzymywania rozmowy: "skąd przyjechaliście, dokąd jedziecie, czy widzieliście hipopotamy, uważajcie, bo jak otworzą pysk, zjedzą wasz samochód!, czy nie boicie się lwów" (nie ma lwów w tej części Afryki!).

foto by Mirek


 Ci z nas, którzy czynnie nie uczestniczą w naprawianiu koła, nie mając nic innego do roboty, zajmują się kontemplowaniem okolicy, rozmowami lub...robieniem zdjęć.

foto by Mirek

 I tu objawia się kolejna właściwość mieszkańców Afryki, o której czytałam - jeden z naszych "pomocników", zobaczywszy, że znalazł się w kadrze aparatu Mirka, zażądał zapłaty. "Zrobiłeś mi zdjęcie bez mojej zgody, musisz zapłacić". Dzięki dyplomatycznym zdolnościom Mirka, udaje mu się uniknąć płacenia, ale przekonujemy się po raz kolejny, że żadne z opowieści o Afryce, które zasłyszeliśmy, nie są ani trochę zmyślone, czy wyolbrzymione.
Ja fotografuję watahę identycznych psów. Wszystkie psy, które widziałam w Gambii do tej pory - a było ich kilkadziesiąt - wyglądają tak samo: rude, chude, ze śladami walk na całym ciele. W dalszej podróży potwierdzą się moje obserwacje. Czyżby miały wspólną matkę?


Po raz pierwszy nie głaszczę psa, który do mnie podchodzi. Jego dziki - chociaż nie agresywny ani groźny - wzrok, skutecznie pozbawia mnie ochoty na potraktowanie zwierzaka "po europejsku".


 Około 18.30 słońce zaczyna chować się za palmami. Pierwszy afrykański zachód słońca. Przekonuję się, co znaczą słowa, które powtarzają wszyscy podróżnicy: w tej szerokości geograficznej zachód słońca oznacza noc. Nie ma zmroku, nie ma szarówki - jest dzień - i w jednym momencie, jak po zgaszeniu żarówki, zapada noc.


 Na szczęście Panowie kończą naprawę koła przed zapanowaniem ciemności. Już po ciemku, jedziemy na targ warzywny, gdzie ostatecznie przekonuję się, że na tym wyjeździe moja rodzina będzie spożywać warzywa i owoce wyłącznie w dwóch postaciach: ugotowanej lub obranej. Żadnych pomidorów, żadnej sałaty! - afrykańskie zwyczaje higieniczne są zgoła odmienne od europejskich - sałata, dla dodania jej witalności - pławi się na straganie w błotnistej brei. Wiem, że mam robalową fobię, ale niemalże WIDZĘ w tym bagnie ameby, robale i wszelkie inne możliwe obrzydlistwa.
Docieramy do kempingu porządnie wygłodniali, więc wrzucam do gara, na szybko - co tam mam pod ręką. Druga Ekipa stawia na coś bardziej wyrafinowanego, więc i przygotowania trwają dłużej. Jedno wiem na pewno - mimo tego, że nie cierpię użytkowania latarek - czołówek, są one niezbędne podczas gotowania w ciemnościach.
Posileni, udajemy się na spoczynek - jutro ruszamy w drogę.

piątek, 28 grudnia 2012

Etap pierwszy: europejski

Wyjeżdżamy naszym "europejskim" busikiem ok.19.30, w drugi dzień świąt. Tuż po wystawnym obiedzie u Rodziców. Rodzice przerażeni naszym pomysłem, chociaż dzielnie nie dają znać po sobie, jak bardzo przerażeni....
Wstępujemy do Warszawy po Jarek, który będzie nam towarzyszył w podróży, z resztą Ekipy spotkamy się w Norymberdze, ponieważ dojedzie z południa Polski.
Na autostradzie czas szybko mija - lektura w podróży jest najlepszym pomysłem na zabicie czasu. Jak zwykle, zabrałyśmy z Ismeną kilka książek, i - jak zwykle - okaże się prawdopodobnie, że ja swoich nie zdążę przeczytać, a jej zabraknie mniej więcej w połowie wyjazdu. Na szczęście mamy też lektury w formie elektronicznej - błogosławiona nowoczesna technologia! Tymczasem, miłośnikom tematyki afrykańskiej, polecam książkę Tadeusza Biedzkiego "Sen pod Baobabem". Taka właśnie jest Afryka, ale w pełni zrozumiałam to dopiero po kilku dniach spędzonych tamże. Mimo wszystko, cieszę się, że zaczęłam czytać już w drodze, byłam nieco przygotowana, na czym polega różnica między Europą a Afryką. NIECO jest tu bardzo dobrym słowem.....
Około 2 w nocy przeżywamy pierwszą przygodę. Któż by się spodziewał, że spotka nas jeszcze na polskiej ziemi....Od pewnego czasu słyszeliśmy metaliczny dźwięk, towarzyszący naszej jeździe, jednak nie potrafiliśmy go zlokalizować. Dopiero ostrzeżenia innych kierowców uświadamiają nam, że trzeba stanąć i obejrzeć auto. Oględziny niezbicie wykazują, że wyglądaliśmy dość widowiskowo: wlokąc za sobą jakiś drut, nie tylko wydawaliśmy stukoczące dźwięki, ale i sypaliśmy wokół iskrami. Drut zostaje odczepiony, okazuje się, że w ten sposób pozbyliśmy się hamulca ręcznego....Bez hamulca można jechać!
Około 4 nad ranem przekraczamy granicę z Niemcami. I spotyka nas kolejna przygoda. Niemal od samej granicy towarzyszy nam samochód policji niemieckiej. Jedzie trochę za nami, potem trochę przed nami....W końcu, przy stacji benzynowej, pokazuje nam, że mamy zjechać. Będzie kontrola. Cóż: czwarta rano, bus z przyciemnianymi szybami - jak nic: przemyt ludzi. Sprawdzenie paszportów z policyjnym komputerem i - zaskoczenie - niemiecki policjant odzywa się do mnie po polsku, z silnym śląskim akcentem: "od pani tyż paszport!". Na zaskoczone stwierdzenie Jarek, który chciał wprowadzić miły akcent do surowej kontroli: "jak pan ładnie po polsku mówi!", odpowiada gburowatym tonem: "a czymu ni?" Kontrola paszportowa nie wykazuje, że jesteśmy groźnymi, poszukiwanymi przemytnikami i możemy jechać dalej.
W czasie kontroli budzi się Ismena. Rozgląda się zaspanym wzrokiem wokół, widzi migoczące czerwone punkciki na niebie i popada w panikę: "oko Saurona! patrzy na nas!"(tuż przed wyjazdem zrobiliśmy sobie maraton "Władcy Pierścieni"). "Oko Saurona" okazało się oświetleniem elektrowni wiatrowych. No, ale trzeba było nie być zaspanym i wpatrzyć się w zarysy wiatraków....
Około 9.00 dojeżdżamy do Furtu, podnorymberskiego miasteczka, w którym siostra Martina udostępniła nam na nocleg swoje mieszkanie. Ekipa "Południowopolska" już dawno dotarła i nawet zdążyła się wyspać - Martin wita nas - jak zwykle z humorem, Asia przyrządza przepyszną kawę, która nieco nas ożywia po całonocnej podróży, poznajemy też Mirka - jedynego uczestnika Wyprawy, którego dotychczas nie znaliśmy. Po śniadaniu postanawiamy jednak chwilę się zdrzemnąć.
13.30 rześko wyruszamy zwiedzić Norymbergę, w towarzystwie mamy Martina, która przyszła, by pełnić rolę przewodnika (no i przyniosła wielki gar chili con carne na przedwyjazdową kolację).
Na początek: grzane wino - dla nieletnich: w wersji bezalkoholowej - ponieważ wciąż jeszcze trwa świąteczny jarmark na norymberskim rynku. Krótki spacer po Rynku: oglądamy renesanasowy ratusz, gotycką, rzeźbioną studnię, kościoły: św. Sebalda z rzeźbami Wita Stwosza i Najświętszej Marii Panny. Bardzo podoba nam się gotycki kompleks Szpitala świętego Ducha, nad rzeką Regnitz (niektóre budynki zbudowane są na rzece).



W czasie krótkiej przerwy regeneracyjnej, najbardziej zgłodniali wycieczkowicze posilają się kiełbaskami z typowego "kiosku kiełbaskowego".


 Dowiadujemy się, gdzie w dzieciństwie mieszkał Martin oraz gdzie tworzył Albrecht Durer.
Na koniec odbywamy wspinaczkę na monumentalny Zamek. Fotka celowo z rodzaju "artystycznych".


Młodzież jednak zapamięta Norymbergę głównie jako miasto, w którym na rynku można spotkać LAMĘ.






Po powrocie do kwatery, zajadamy się pysznym chili con carne, w towarzystwie czerwonego wina i zabieramy się do cięcia wyprawowych naklejek. Praca zespołowa idzie błyskawicznie - musimy wcześnie położyć się spać - pobudka będzie bolesna: 4.30.
6.30 spakowawszy tobołki, wyruszamy na lotnisko do Frankfurtu. Musimy mieć zapas czasu, Martin wie, że należy spodziewać korków. W samochodzie natychmiast zasypiamy wszyscy, oprócz dzielnego kierowcy - Dymitra - ja mam kolejną atrakcję podróżną: strasznie łzawią mi oczy. Zrzucam winę na niedospanie i liczę na to, że wkrótce minie. Docieramy na lotnisko jak należy: 2 godziny przed planowanym odlotem, po nadaniu bagaży głównych, panowie Dymitr i Martin jadą odstawić samochody na parking, my zasiadamy w lotniskowej kawiarni, młodzież natychmiast dopada internetu. Niestety, ja oczekiwanie na samolot będę wspominać jako zamartwianie się, czy bagaż podręczny nie okaże się zbyt ciężki oraz... jako walkę z łzami. Tym to bardziej niepokojące, że tego typu problemów nie miałam nigdy do tej pory i nie bardzo wiem, jak reagować. W desperacji, po kilku godzinach "płaczu" łykam tabletkę przeciwalergiczną. Pomaga na łzy. Na panikę w związku z wielkością bagażu - nie bardzo.
Po powrocie Panów, którzy porzucili samochody w pobliskim miasteczku, ruszamy do odprawy. Jest lekkie zamieszanie: niektórzy muszą zdjąć buty, innym piszczą paski u spodni, jeszcze inni zapomnieli wypakować z bagażu laptopa i cb-radia (wszystkie sprzęty elektroniczne powinny być widoczne). Bagaże podręczne, szczęśliwie, przechodzą bez problemu, tylko Ismena traci swój pełniusieńki żel do mycia twarzy i dezodorant: zapomniała przerzucić do bagażu głównego. Cóż: podróże kształcą.
Pędzimy do sklepu "duty free" - trzeba kupić szampana na Sylwestra oraz, obowiązkowo - dużą paczkę miśków "Haribo". Przy kasie, Dymitr chce sięgnąć do naszej "głównej" torby (kasa, dokumenty, laptop...), którą miał - do tej pory - przewieszoną przez ramię. Pyta nerwowo: "kto ma torbę "camel trophy"? Zpada cisza. Ja patrzę na Ismenę, Ismena na Gilberta, Gilbert na mnie. ŻADNE z nas nie ma torby.....Dymitr stoi jak słup soli, podobnie jak reszta. W końcu Gilbert rzuca cały bagaż i biegnie z powrotem do punktu odprawy - tam ostatnio widzieliśmy cenną torbę. Na to, zza półki wyłania się, spokojnym krokiem, Jarek i - widząc naszą panikę - pyta: "a co się stało?".
"torba "camel trophy", zgubiliśmy!" - histeryzujemy
 "no jak to? przecież ja ją mam, daliście mi w czasie kontroli, to niosę..."
Jak to dobrze móc wziąć głębszy oddech.
Bez dalszych przygód "okrętujemy się" na samolot.  Najpierw przejazd autobusem lotniskowym, gdzie - już po raz drugi w tej podróży - niespodziewanie słyszymy język polski. Pewien mieszkaniec Gambii wraca właśnie do domu ze studiów w...Warszawie i usłyszawszy nasze rozmowy, zagaduje nas, jaki jest cel naszej podróży. Okazuje się, że jest bywalcem naszej ulubionej senegalskiej knajpy w Warszawie i - podobnie jak my - zna jej właściciela. Świat jest mały....
W samolocie powoli, w kolejce, zajmujemy swoje miejsca. Towarzystwo urozmaicone, bardzo kolorowe. Obok mnie i Ismeny mrukliwy Norweg, przed nami para mieszana (biało-czarna) z uroczą pięciomiesięczną córeczką, rozbrzmiewa głównie język niemiecki i angielski.
Po kilkunastu minutach słyszymy komunikat kapitana. Myślałam, że moja znajomość niemieckiego mnie zwodzi, ale nie: rzeczywiście padły słowa: "problemy techniczne, nie lecimy, trzeba sprawdzić samolot, proszę o opuszczenie maszyny".
Kolejne trzy godziny spędzamy na szwendaniu się po lotnisku. Zjadamy też obiad.
I znów - tą samą drogą: autobus, lokowanie się na miejsca, oczekiwanie na odlot.
Wreszcie, o 15.30 (zamiast planowej 11.30) - wznosimy się nad Europę.
Malownicze widoki. Alpy, Pireneje, potem Atlantyk. W ramach atrakcji: "Epoka Lodowcowa 4" w wersji oryginalnej, albo niemieckojęzycznej. Nie mogę się zdecydować, którą wolę...Jedzenie samolotowe - podawane przez stewardessy i jednego stewarda ("młody i przystojny, co skwapliwie odnotowuje Ismena) - smaczne i urozmaicone. Jedna ze stewardess wdaje się z nami w pogawędkę...po polsku, bo jest Polką, po prostu.. To już trzecia niespodziewana polskojęzyczna osoba.
Trochę czytamy, trochę oglądamy, trochę śpimy. Lot nie jest taki straszny, jak się tego obawiałam.



Europejska północ zastaje nas nad Atlantykiem. Zbliżamy się do Afryki......

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Gotowość bojowa

Bilety kupione, szczepienia wykonane, wizy załatwione, zakupy zrobione (mina pani w Biedronce na widok moich "przedświątecznych" zakupów bezcenna, skład: 3 paczki krakersów, 5 paczek mieszanki orzechowo-rodzynkowej).
Pierwszą wtopę zaliczyliśmy jeszcze przed wyjazdem: okazuje się, że gdybyśmy poczekali z zakupem biletów lotniczych do ostatniej chwili, albo przesunęli termin wylotu o tydzień, moglibyśmy zredukować koszta o POŁOWĘ, do tego lecieć z Warszawy, nie z Frankfurtu. Nic to, pierwsze koty za płoty.
Nadal jednak nie wierzę, że poniesie mnie do Afryki. Do Afryki???!!!

sobota, 17 listopada 2012

Wizy

Gambijskie wizy mamy w paszportach. Wkrótce udamy się po senegalskie. Zaczynamy gromadzić ekwipunek, ustalać szczegóły trasy...
Coraz bliżej godziny ZERO.

środa, 17 października 2012

Nie ma odwrotu....

Bilety zakupione. Wylot 28 grudnia z Frankfurtu. Dokładnie za dwa miesiące.
Powrót 15 stycznia.
Nowy Rok powitamy na afrykańskiej ziemi. Czy ja się kiedykolwiek tego spodziewałam?

poniedziałek, 17 września 2012

Szczepienia

Wykonano. Jeszcze seria przypominająca w grudniu. Ale gdyby trzeba było lecieć już teraz, jesteśmy gotowi.