"Hej, Przygodo!" to hasło zaczerpnięte z naszej ukraińskiej Przygody Krymskiej. "Hej, Przygodo!" - tylko tyle można powiedzieć, wybierając się na inny kontynent busem, który - ledwie odratowany i doprowadzony do jako-takiego ładu przez niezawodnego M., ma służyć za dom, walizkę, środek transportu i wszystko to, co jest potrzebne w trzytygodniowej podróży.
No to w Drogę!

wtorek, 1 stycznia 2013

Równie nietypowy Nowy Rok

W noworoczny poranek, witają nas maszerujące krowy. Idą dziarsko, środkiem ścieżki przy plaży, nie zbaczają z trasy - wyraźnie wiedzą, gdzie jest cel ich wędrówki.


Na śniadanie zjadamy - wreszcie, po dwóch dniach spożywania coraz bardziej suchych placków - świeżutkie bagietki. Powiew luksusu....Zaraz potem wyruszamy na plażę, wykorzystać ostatni dzień lenistwa. Nawet Gilbert wlecze się z nami - zalega w hamaku i czeka na lepsze samopoczucie, by zanurzyć się w oceanie (dziadkowie prawdopodobnie załamaliby ręce nad naszą niefrasobliwością: "dziecko z anginą puszczacie do wody???w STYCZNIU????"). 

foto by Mirek


Jest gorąco, chociaż słońce nadal raczej za chmurami.

Zachęcona pustą plażą - wszyscy prawdopodobnie odpoczywają po wczorajszym biesiadowaniu - oświadczam, że idę na spacer z aparatem. Nie biorę pod uwagę, że akurat nikt mnie nie słyszy, bo każdy jest zajęty swoimi sprawami....Oddalam się....
Już-już udaje mi się złapać rytm fal i wsłuchać się w ich niczym niezmącony szum, kiedy harmonia zostaje zburzona - najpierw człapaniem za moimi plecami...."Ups, koniec mojej samotności" - nie zdążam nawet pomyśleć, kiedy do moich uszu - spragnionych ciszy - dociera znajomy zestaw pytań: "bonjour, ca va!-bonne annee-how are you-happy new year-from which country are you coming?" Moje milczenie nie pomaga, moje naiwne, acz prawdziwe, tłumaczenia, że pragnę ciszy, spokoju i obcowania z naturą - tylko ja i Atlantyk - też niewiele wnoszą, oprócz tego, że rodzą nowe pytania: po co przyjechałam do Afryki, skoro nie chcę rozmawiać i poznawać miejscowych ludzi? czy uważam, że kolor skóry ma znaczenie?czy wiem, że czarni mężczyźni są silniejsi od białych......i tak dalej - w nieskończoność. Zniechęcona, zawracam, co nie zraża, bynajmniej, mojego adoratora - nadal towarzyszy mi, natrętnie wypytując i usiłując pokazać, że jego obecność jest mi niezbędna do życia.
Zauważam krowy, wylegujące się na plaży. Dość niezwykłe zjawisko. Upatrując w nim mojego wybawienia, oddalam się od miłośnika monologów, w celu zrobienia mini-sesji zdjęciowej.


 

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że moje desperackie próby uwolnienia się od towarzystwa nie pozbawiły mnie zdrowego rozsądku oraz instynktu samozachowawczego. Otóż znajduję się pośrodku stada afrykańskich krów, o których nie wiem nic - na przykład: nie mam pojęcia, czy nie są agresywne....Zaczynam się nad tym zastanawiać dopiero wtedy, kiedy uroczy byk powstaje ze swej leniwej, wypoczynkowej pozy i zaczyna na mnie spoglądać spode łba, a jego rogi - no cóż....jakoś tak dziwnie sterczą.
Wtedy pstrykam tę fotkę, myśląc sobie: "będą mówić: dość kiepskie zdjęcie, żeby aż zginąć przez nie".

 

Jakoś się jednak z byczkiem "dogaduję" - patrzymy sobie przez chwilę głęboko w oczy i każde z nas rusza w swoją stronę. W przeciwieństwie do miejscowego amoroso, niestety. Czeka, niezrażony tym, że jakaś wariacka miłośniczka krów mu się trafiła: "dlaczego nie zrobisz zdjęcia mnie, tylko krowom" - pyta. Cóż, moja europejska uprzejmość jest już głęboko pogrzebana - warczę więc, mało przyjaźnie: "ponieważ krowy lubię bardziej niż ludzi". Dopiero widok Gilberta i Dymitra, machających na mój widok energicznie, wzrusza Pana Natrętnego, bo przecież kiedy kobieta mówi  mu, że przyjechała turystycznie, z mężem i dziećmi, a nie w celu nawiązywania ekscytujących znajomości, nie należy jej wierzyć - na pewno zmyśla - przecież Europejki przyjeżdżają do Abene w jednym tylko celu....
Okazuje się, że Panowie dość są zdenerwowani moim nagłym i długotrwałym zniknięciem - jakoś umknęła im informacja, że wybieram się na spacer. Kiedy mierzyłam się wzrokiem z krowami, w obozowisku i na plaży trwały gorączkowe poszukiwania i niemal zostałam uznana za zaginioną lub porwaną.....Cóż - można powiedzieć, że próba została podjęta.
Resztę dnia spędzamy na leniwym plażowaniu i zastanawianiu się, ile dni moglibyśmy wytrzymać w takiej monotonii: śniadanie-plaża-hamak-cola-pływanie bez materaca-pływanie na materacu-kawa-obiad-spacer-plaża-hamak-pływanie bez materaca-pływanie na materacu-spacer-kolacja-ognisko-spanie - i od nowa......
Drugi dzień pobytu w miejscu, a już się lekko nudzimy. Droga, droga nas kusi i przyciąga.
Wieczorem wyruszamy spacerem do Pani Zofii na kolację.
 Mijamy bębniarzy, trenujących przed wieczornym festiwalem...
foto by Mirek

 ... jakieś błotniste rozlewiska....



foto by Mirek


...i mnóstwo ludzi przemieszczających się w tą i z powrotem - pieszo, bądź na motorach, oświetlonych, niczym choinki.
foto by Mirek

Idziemy przez zakurzone miasteczko, po obu stronach głównej ulicy stragany i zakłady usługowe oraz sklepiki.


Tak wygląda - dla przykładu - punkt naprawy rowerów:


Wreszcie udaje mi się wypatrzyć banany w fazie wzrostu.



Droga jest dużo przyjemniejsza, niż dnia poprzedniego - nie ma tylu amatorów bratania się z nami oraz zadawania pytań w rodzaju "how are you?-where are you from?-what is your name?".
Dom pani Zofii okazuje się całkiem sporą posiadłością, z kilkoma domkami do wynajęcia znajomym i znajomym-znajomych, z ogrodem, miejscem do wypoczynku pod dachem, zabudowaniami gospodarczymi - ot, po prostu - prywatny kemping.

foto by Mirek

Pani Zofia, oprócz tego, że opowiada barwną historię swojego przybycia i osiedlenia się w Abene, częstuje nas napojem z hibiskusa (ten czerwony płyn, po lewej stronie) i z imbiru (żółta ciecz po prawej). Hibiskus jest kwaskowaty i orzeźwiający, podobny w smaku do czerwonej porzeczki, a "Ginger" smakuje jak......imbir. Ja nie należę do amatorów tych smaków, szczególnie imbir jest mało przyjemny dla mojego podniebienia, ale są wśród nas tacy, którzy piją ze smakiem obydwa napoje, a nawet odważają się tworzyć z nich mikstury.


Poznajemy znajomych i współpracowników pani Zofii - szczególnie jeden holenderski naukowiec jest interesujący - znalazł w pobliskiej wiosce miłość swojego życia, dziewczynę młodszą od niego o kilkadziesiąt lat (co nie dziwi, w zasadzie), z którą porozumiewa się wyłącznie na migi, bo nie znają żadnego języka mówionego, którym mogliby się porozumiewać (co już nieco dziwi), został muzułmaninem, żeby jej rodzina go zaakceptowała - są małżeństwem i wyglądają jak para gołąbków.
Poznajemy też jedną specjalną lokatorkę:


Małpa o imieniu Kelly pozostaje jednak na uwięzi, ponieważ - jak tłumaczy pani Zofia - potrafi nieźle narozrabiać, mimo tego, że jest oswojona.
Dowiadujemy się, jakie miejsca w Casamance są szczególnie godne obejrzenia i na co powinniśmy uważać. Dowiadujemy się też - że owszem - są tu węże, skorpiony i inne mało przyjemne zwierzątka, tylko raczej starają się unikać ludzi.
Bardzo lubię takie rozmowy o codzienności w miejscach, które przyszło nam odwiedzać. Ciekawią mnie różnice światopoglądowe, sposób na życie ludzi w odległych stronach - tak odmienny od mojego i takiego, który znam.
Po miłej pogawędce, nadchodzi czas na kolację. Zastawa stołowa wjeżdża - zgodnie z miejscowym zwyczajem - na narzuty rozłożone na podłodze. Będziemy jeść rybę (wreszcie - Martin, który na rybę miał chęć od początku wyjazdu, wreszcie będzie usatysfakcjonowany!) z frytkami z manioku, położoną na warzywach (nie wytrzymuję i - po kilku dniach warzywnego postu - rzucam się na sałatę, marchewkę, cebulę i ogórka, licząc na to, że warzywa w tych - domowych niemal - warunkach - opłukano dokładnie z wszelkich ameb w CZYSTEJ wodzie).
Danie jest przepyszne, albo my tacy wygłodniali - czas pomiędzy takim wyglądem zastawy "stołowej":


a takim:

jest nieprzyzwoicie krótki. Bagietkami prosto z pieca wylizujemy smaczny sos. Długo będziemy wspominać tę afrykańsko-polską kolację.
Tymczasem trzeba opuścić gościnne progi pani Zofii - wracamy do obozowiska, by wcześniej położyć się spać - jutro ruszamy na podbój Casamance.


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Nietypowy Sylwester

Wstaję jako jedna z pierwszych - bladym świtem, jak mi się wydaje. Noc minęła spokojnie, ale jest dość....CHŁODNO - tego się po Afryce nie spodziewałam. Krótkie poszukiwania cieplejszej bluzy oraz zegarka i już wiem, że żaden to blady świt - jest prawie dziewiąta! Jednak obozowisko pozostaje w uśpieniu, korzystam więc z okazji i udaję się na rekonesans, którego owocem jest kilka zdjęć naszego otoczenia.
Pobliski pagórek, za który udawaliśmy się zaznać koniecznego odosobnienia. Takież roztaczały się przed nami widoki:
 


Pierwszy mój baobab. Ten jest osobnikiem bardzo młodym, wręcz karłowatym. Prawdziwe, wiekowe baobaby jeszcze przed nami. Nie mogę się doczekać....




Odgłosów ptactwa sfotografować się nie da, ale zdecydowanie - jest dość gwarno i różnorodnie w gałęziach drzew i zaroślach. Wręcz ma człowiek wrażenie, że panuje tam nieopisany tłok i przepychanki. Zanim przywykniemy do tego tumultu, niekiedy będziemy mieć pewność, że KTOŚ nas z gęstwiny podgląda.
Nasz obóz z wysokości pagórka, wygląda tak:




Idąc w przeciwną stronę od obozowiska, trafiamy wprost na plażę. Na obrzeżach - bary, a raczej "bary" z hamakami oraz bardzo naturalnymi i ekologicznymi parasolkami. "Bary" pisane w cudzysłowie, bowiem jedyna oferta, której się można spodziewać, to cola, fanta i...hmmm...zaopatrzenie dla pragnących oderwać się od rzeczywistości.
Abene jest mekką miłośników muzyki reggae oraz - związanej z nią - kultury.
Nie jest mi po drodze ani z tą muzyką, ani z kulturą, a nie chciałabym się zbytnio wyzłośliwiać, dlatego wkleję nieco prześmiewczego, acz celnego, linka.

http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Rastafarianie

Treść dotyczy polskich miłośników tejże kultury, tu byliśmy u źródła i korzenia. Myślę, że nawet na Jamajce nie ma tylu "rasta", co w jednym, malutkim Abene. Tak, owszem: trzeba do nich powtarzać kilka razy, a i tak nie ma pewności, że treść informacji dotrze przez dredy do oszołomionego wiecznie mózgu. Tak, owszem: oni się nigdzie nie śpieszą i nic nie muszą. Tak, owszem - wszyscy, bez wyjątku, mają dredy oraz trójkolorowe czapki. Różnica: oni nie nazywają wszystkich "man", tylko "brother".






Wracam na śniadanie. Gambijskie placki, podobne do tortilli, masło, serek topiony, szynka, dżem.
 Gilbert wygląda już tak źle, że zmuszam go do zmierzenia gorączki: 38,6. I w Afryce potrafi go dopaść go jego słynna angina....Na szczęście przewidziałam taki rozwój wypadków: mamy ze sobą antybiotyki i sporą dawkę środków przeciwgorączkowych które ordynuję natychmiast. Gilbert idzie do busa, przespać gorączkę.
Tuż po śniadaniu, odwiedza nas dziewczyna sprzedająca mandarynki. Prawie nie mówi po angielsku, wspinam się więc na wyżyny swoich francuskojęzycznych umiejętności, które jednak, w praktyce, okazują się nizinami. Dowiadujemy się, że dziewczyna ma na imię Ubi, mieszka w Abene, chodzi do szkoły i ma....13 lat (!!!) - na tyle wystarcza mi umiejętności formułowania pytań. Czas zapłakać nad moim ulubionym językiem i wziąć się - po powrocie - do nauki.


Dla porównania, tak wygląda trzynastolatka z Polski:

foto by Mirek

Ubi z Abene, podobnie jak obydwaj Ibrahimowie z Gambii - ci sami, którzy biesiadowali z nami poprzedniego wieczora - czują się z nami związani i zaprzyjaźnieni na tyle, że bytują w naszym obozowisku na stałe. O ile obecność dziewczynki nie jest dla nas uciążliwa (uczymy ją liczyć po Polsku, śpiewamy piosenki - ona senegalskie, my - polskie), o tyle dwóch obcych mężczyzn znacząco utrudnia mi, Asi oraz Ismenie kwestie bytowe, jak chociażby chęć przebrania się w kostium kąpielowy. Aluzje, w rodzaju: "do zobaczenia wieczorem", na panów zupełnie nie działają, trzeba porzucić zasady dobrego wychowania i zwyczajnie, wprost powiedzieć: "panowie, teraz chcemy mieć czas tylko dla siebie, idźcie w swoją stronę, być może spotkamy się wieczorem". Jest to mało grzeczne, z europejskiego punktu widzenia, ale po prostu konieczne. Miejscowi, co zauważyliśmy, nie mają poczucia płynącego czasu, nie mają też potrzeby bycia w odosobnieniu. Nie rozumieją, że nasz dzień nad Atlantykiem, to nie to samo, co ich całe życie nad Atlantykiem - my łapiemy promienie słońca i szum fal, bo na Dalekiej Północy tego mieć nie będziemy, oni przyjdą na plażę jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc - plaża będzie taka sama, słońce będzie takie samo i Ocean taki sam. My - po powrocie - nie dość, że wylądujemy w sam środek zimy, to jeszcze schwytają nas tryby maszyny zwanej "Praca-Obowiązki-Codzienne Troski". Liczyliśmy na to, że afrykańskie plaże zapewnią nam spokój, obcowanie z naturą i ciszę, tak obcą naszej cywilizacji. Nie chcę przez to powiedzieć, że chcemy unikać kontaktu z miejscowymi - odwrotnie - dążymy do zatrzymania się przy jakiejś wiosce i zapoznania z codziennym życiem jej mieszkańców.







Tutaj, w zagłębiu dość specyficznej turystyki europejskiej, jesteśmy postrzegani - mam wrażenie - jako potencjalne źródło zysku, nawet nie wprost finansowego - jak dla bębniarzy, którzy całymi dniami włócząc się po plaży, grając, śpiewając i tańcząc, zbierają drobne do swoich rastafariańskich, trójkolorowych czapek - ale materialnego: "jest turysta, pewnie ma jakąś interesującą koszulkę, czapkę, okulary, długopis - a może - zaprosi na obiad?". Potrzeby miejscowych są proste i nieskomplikowane. Mają też mnóstwo czasu na towarzyszenie przyjezdnym - w tej części świata z rzadka ktoś ma stałą pracę, raczej zarabia się na życie, łapiąc  to, co przynosi los. "Jutro też jest dzień" - taka jest ich filozofia życiowa. Trzeba to zrozumieć, żeby umiejętnie prowadzić dialog. Zanim ja - Europejka - to dogłębnie pojmę, minie sporo czasu, za to Dymitr, nie-Europejczyk, błyskawicznie znajduje nić porozumienia z Afrykaninami.

Większość dnia spędzamy na plaży.

foto by Mirek

foto by Mirek

foto by Mirek

Degustujemy napoje serwowane przez plażowy bar. Fanta jest dość obrzydliwa, do tego barwi język na pomarańczowo, cola - tak, to jest to! No i miejscowe piwo "Gazela" - bardzo podobne w smaku do polskich cienkich piw, dostępnych w nadbałtyckich kurortach - jednoznacznie kojarzy się z wakacjami. Dymitr, błyskawicznie zawarłszy znajomość z właścicielem baru - też Ibrahimem - musi co chwilę zapewniać, że nie ma ochoty na próbowanie miejscowych "wyrobów zielarskich".
Gilbert, któremu gorączka spada i podskakuje, w zależności od samopoczucia - wyleguje się w hamaku, na plaży lub w busie. Zanotowany rekord: 39,6. Nieco się niepokoimy, bywało w przeszłości, że antybiotyki nie działały....



Skuszeni spokojnymi wodami Atlantyku, postanawiamy napompować materac. Dzieciaki, które bawią się na brzegu, natychmiast zauważają, że coś nietypowego dzieje się nad wodą. Najpierw dwoje, potem pięcioro, w końcu cała banda - ładują się na materac i ochoczo biorą udział w zabawie.




Na brzegu cały czas sporo ludzi - i miejscowych i turystów.


 Wyraźnie daje się zauważyć, że - obok turystyki, nazwijmy to: "kulturalnej" (poznawanie miejscowej muzyki, tańców i ZWYCZAJÓW), kwitnie też turystyka - powiedzmy: "obyczajowa" (dogłębne poznawanie zwyczajów afrykańskich mężczyzn przez europejskie kobiety). Dzięki temu, powszechnie obserwujemy na plaży taki obrazek, jak poniższy:


 Wyjaśnię: miejscowi panowie, wiedząc, że mają widownię w postaci europejskich turystek, wykonują na plaży i w wodzie ćwiczenia gimnastyczne, prezentując swoje możliwości oraz wysportowane ciała. Panie z Europy podziwiają silnych, dobrze zbudowanych afrykańskich mężczyzn i chętnie nawiązują z nimi bliskie....hmmm...przyjaźnie.
Zupełnie nie miałabym nic przeciwko stosunkom afrykańsko-europejskim - w końcu to bardzo dorosłe kobiety są, wiedzą chyba, co robią(?), ale, niestety - proceder ten wpływa znacząco na jakość mojego wypoczynku na plaży w Abene. Senegalczycy, nauczeni doświadczeniem, uważają że każda biała kobieta pożąda ich towarzystwa i jej przyjazd w to miejsce oznaczać może tylko jedno: "pragnę zawrzeć bliską znajomość". Nie ma mowy o tym, żebyśmy ja, Asia albo Ismena, oddaliły się od naszych Panów choćby na 10 kroków. Oznacza to natychmiastowe towarzystwo miejscowego mężczyzny. Towarzystwo niegroźne - wszak oni tylko "chcą porozmawiać" - ale tak natarczywe, nieustępliwe i męczące, że samotnych spacerów po prostu unikamy.
Kiedy część Ekipy plażuje, niektórzy siedzą w obozowisku, przy samochodach. Odwiedza ich pani Zofia, Polka, mieszkająca na stałe w okolicy. Zainteresowana busem z polską rejestracją, zaprasza nas na noworoczną kolację. Zaciekawieni jej drogą do Senegalu, zaproszenie przyjmują. Oznacza to jeszcze jeden cały dzień w Abene, bo planowaliśmy wyjazd  w dalszą drogę 1.01. Może to i lepiej, w związku z chorobą Gilberta
Tuż przed naszym wyjściem z plaży, na horyzoncie pojawiają się skaczące delfiny! Podpływają całkiem blisko i baraszkują w wodzie. Oczywiście aparat mam zbyt daleko, żeby zdążyć zrobić zdjęcia, ale napawamy się ich - podobno nie tak częstym tutaj - widokiem. Ibrahim-z-baru  mówi, że to dobry znak, kiedy delfiny przypływają. Dobry znak dla tych, którzy je widzieli. I świetnie!

Wieczorem szykujemy się na wyjście do miasteczka. Bez opłukania się ze słonej wody - mamy niedobory wody w polowym prysznicu - cóż, może kończyny nam nie odpadną z zasolenia? Musimy przekonywać Ismenę, że nie będzie to zwyczajny Sylwester, że może iść nań z nieumytą głową - i - doprawdy - nie potrzebuje wieczorowego stroju, a już najmniej na pylistą, rudą drogę potrzebuje białych trampek (które właśnie zaginęły). Odbywa się lekka rodzinna awanturka, bowiem Ismena zdecydowanie odmawia sylwestrowego wyjścia w "pseudocrocsach", które na tej wyprawie spełniają rolę obuwia i codziennego, i galowego, my zaś odmawiamy bezsensownego poszukiwania trampek w zapadającym zmroku.
Dość długo szukamy miejsca na kolację - miejscowe knajpki zajęte są przygotowywaniem posiłków "na wynos" dla uczestników festiwalu bębniarskiego i raczej nie nastawiają się na klientów stacjonarnych. Towarzyszą nam pozdrowienia miejscowych, wyłaniających się - pojedynczo lub grupowo - z mroku. Zagadują nas standardowym: "how are you?" oraz "dyżurnym" zestawem pytań: skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy i jak nam się podoba. Czasem mam wrażenie, że nawet nie oczekują odpowiedzi, tylko szukają punktu zaczepienia do kontynuacji znajomości.
Udaje nam się w końcu znaleźć lokal, w którym są wolne stoliki i obsługa chętna przyrządzić nam spaghetti, kurczaka z frytkami oraz kotlety z ryżem, no i - obowiązkowo - warzywa dla Asi, która jest wegetarianką.

 

foto by Mirek

Z warzywami jest jednak pewien problem, przestraszyłam Asię wizją skaczących po surowej sałacie ameb i innych pasożytów, zamierza zamówić sobie warzywa ugotowane. Znalezienie chętnego, który przetłumaczyłby z angielskiego na francuski frazę: "gotowane warzywa" graniczy - w tym miejscu - z cudem. Siedzi - co prawda - kilku rastafarian w różnym stanie świadomości, podobno jeden z nich włada obydwoma potrzebnymi językami, co postanawia wykorzystać żwawa barmanka: "ej, rasta" - woła - "translate!". "Rasta" nieśpiesznie powstaje z krzesła, równie powoli podchodzi do naszego stolika, i pyta: "yeeeeesss.....?" - już wiemy, że nie będzie łatwo. Barmanka wyjaśnia, o co chodzi, Asia zamawia raz jeszcze "boiled vegetables", a "Rasta" zamyśla się na dłuższą chwilę i powtarza: "veeeegeeetaaableeees....." - po czym popada w długotrwałą zadumę. Szczęśliwie, przychodzi jakiś dobry człowiek i wyjaśnia, o co nam chodzi z tymi warzywami. Zawsze wiedziałam, że języki obce to podstawa...
Wielokrotnie próbują się dosiąść do naszego stolika "bracia" - jeden z nich jest na tyle zdeterminowany, że nie rozumie aluzji: "to rodzinna kolacja, chcemy być sami", przystawia sobie krzesełko (uprzednio celowo odsunięte przez Dymitra) i bez skrępowania przystępuje do sporządzania skręta. Dopiero po interwencji barmanki - a obydwie barmanki mają tutaj przeurocze - przesiada się do stolika obok.

foto by Mirek

foto by Mirek

foto by Mirek
Kolację dostajemy dość szybko, wszystkim smakuje znakomicie miejscowe jedzenie, z którym mamy do czynienia po raz pierwszy.

foto by Mirek

foto by Mirek

Wracamy do obozowiska - najpierw witamy Nowy Rok wedle polskiego czasu, czyli godzinę przed senegalskim. Robimy to zgodnie z naszą tradycją - wychylając szampana, przywleczonego z frankfurckiego lotniska, ustalamy też nową tradycję - chóralne śpiewy. Zaczynamy - nie wiadomo czemu - od "Starego niedźwiedzia", potem się rozkręcamy i poszerzamy repertuar o piosenki ludowe, harcerskie, patriotyczne, kolędy. Sylwester nad Atlantykiem, kolędy na plaży - nie da się opisać egzotyki tego zestawienia. Wciąż nie wierzę, że tu dotarłam i to wszystko mi się nie śni.


Następnie ruszamy na plażę, uczestniczyć w miejscowej ceremonii pożegnania/powitania Roku.
Niespodziewanie, przy wejściu do plażowej dyskoteki pod palmami, spotykamy kilka dziewczyn z...Warszawy, które przyjechały tu na warsztaty taneczne. Każda z nich - obowiązkowo - z dredami oraz w towarzystwie miejscowego chłopaka. Widać bardzo zaprzyjaźnieni - trzymają się za ręce albo obejmują czule.
Miejscowe obchody Sylwestra polegają na rozpalaniu wielkiego ogniska na plaży, tańcach i śpiewach. Jest kilka fajerwerków - przywiezionych przez turystów (wzbudzają niemałe zainteresowanie, szczególnie dzieciaków, które wyławiają z wody zużyte i badają sposób działania), kilka lampionów. Porywamy do zabawy kilka osób, śpiewając polskie piosenki - całkiem dobrze nam idzie, po wcześniejszym treningu. Rozochoceni, postanawiamy rozkręcić zabawę. Jest taka piosenka harcerska, w której powtarza się słowa: "o palele, o very tikatunga, o masa, masa, masa, o vale, valua, value" - bardzo szybko zebrane towarzystwo uczy się prostych słów i śpiewamy sobie razem. W pewnym momencie wpadam na szatański pomysł i - na tę samą melodię - śpiewam: "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie". No, jakoś nie ma chętnych do naśladowania.....Ale śmiejemy się wszyscy - udał się żart.




Tłum na plaży gęstnieje, bębny walą, pojawiają się coraz to nowe osoby - ot, chociażby pewien człowiek, wyglądający jak John Lennon po latach kilkudziesięciu - może i on przeżył, jak Presley, Jackson i kilku innych? Wszyscy - mam wrażenie - bawią się przednio, dodać należy - bez alkoholu, jak to bywa na naszych rodzimych imprezach noworocznych. Jednak coraz częściej zdarzają się zaczepki damskiej części naszej Ekipy. Ja i Ismena - mimo tego, że Panowie dzielnie osłaniają nas i bronią do nas dostępu - stwierdzamy, że już dostatecznie nawdychałyśmy się (dosłownie! w powietrzu wręcz wisi specyficzny, ziołowy zapach - co uwidoczniło się nawet na zdjęciach) atmosfery "Sylwestra po senegalsku" i chętnie wrócimy do obozowiska.
Dźwięki bębnów kołyszą nas do snu.


































niedziela, 30 grudnia 2012

No to: w drogę!

Rano znów budzą nas - znane już - dźwięki: szum wiatru i uderzenia liści o dach. Ale tym razem już wiemy, że nie jest to zapowiedź deszczu...
Zjadamy śniadanie, ostatni rzut oka na - kapryśny w tym miejscu - internet. Martin raz jeszcze sprawdza swoje felerne lewe koło. Rozliczamy się z właścicielami Kempingu, machamy na pożegnanie Marcusowi z Niemiec i wyruszamy w Nieznane, ku Przygodom. 
Zanim ruszymy na Południe, ku regionowi Casamance, sprawdzamy jeszcze, jak się "miewa" jedyny nie-bus, który uczestniczył w Pierwszej Wyprawie Afrykańskiej. Trochę przykurzony, ale żyje - czeka na przyjazd Właścicieli w najbliższych tygodniach. Zostawiliśmy im wiadomość na szybie - znak, w jakim terminie i o jakiej godzinie dokonaliśmy kontroli.


Zaczyna robić się cokolwiek gorąco. Ale jeszcze znośnie. Wybraliśmy termin naszej Wyprawy ze względu na to, że styczeń jest tu najchłodniejszym miesiącem. Jeśli ma się okazać, że nie jestem przystosowana do afrykańskich temperatur, niech to wyjdzie na jaw "zimą", może wtedy uda mi się przetrwać....
Dostrzegam pierwsze owoce na drzewach: cytryny! Teraz będę wypatrywać bananów. Zawsze chciałam zobaczyć, jak rosną banany.
Po chwilowym zamieszaniu, udaje nam się uruchomić radio z odtwarzaczem. Z głośników płynie muzyka zespołu Mumford and Sons. Jeszcze nie pasuje mi do krajobrazu i klimatu Wyprawy. Zmieniamy na Coldplay. Jest nieco lepiej. Ale trudno znaleźć muzykę, która pasowałaby do tego niesamowitego miejsca...Wiemy jednak, że czegokolwiek będziemy słuchać w samochodzie - nawet jeśli podczas jazdy nie będzie nam pasować do krajobrazu czy sytuacji, po powrocie wystarczy, że przypadkowo usłyszymy tę piosenkę, od razu przypomni nam ona naszą "zimową Afrykę".
Od razu po wyjeździe z terenu kempingu, otacza nas Afryka. Im bardziej oddalamy się od centrum Banjul, tym robi się egzotyczniej na - i przy - drodze. Z Sukuty, którą można zaliczyć do przedmieść stolicy, jedziemy przez miasteczko Brikama, na południe, ku granicy z Senegalem, potem ku naszej - wypatrzonej na mapie i wyszukanej w przewodnikach - atlantyckiej plaży w pobliżu miasteczka Abene. Tu zamierzamy pożegnać Stary i powitać Nowy Rok.
Tymczasem tkwimy z nosami przy szybie, zastanawiając się, czy nie staliśmy się bohaterami kolejnego odcinka filmu krajoznawczego z cyklu: "National Geografic przedstawia". Muszę to napisać, chociaż długo się zastanawiałam, czy powinnam. Afryka jest nie do opisania. Mimo tego, że od dzieciństwa byłam czytelniczką książek podróżniczych (moja fascynacja zaczęła się chyba od przygód Tomka Wilmowskiego, potem chwytałam w ręce wszystko, co z poznawaniem świata miało cokolwiek wspólnego), oglądałam również setki filmów dokumentalnych, chłonęłam opowieści tych, którzy odwiedzili to czy tamto miejsce - w tym również Dymitra, który wszak był w tych rejonach i nie szczędził mi barwnych szczegółów. Wydawało mi się, że gdziekolwiek bym nie pojechała, wiem, czego mogę się spodziewać. Afryka mnie pokonała, bo... jest nie do wyobrażenia, póki się samemu, osobiście jej nie skosztuje, nie zobaczy, nie dozna. W pewnym momencie - właśnie gdzieś na tej drodze między Gambią a Senegalem, czyli tuż po wyruszeniu w trasę i niezbyt daleko w głąb Czarnego Lądu, zrozumiałam, że będzie mi bardzo ciężko napisać relację z podróży dla kogoś, kto nigdy nie był w Afryce, dla kogoś, u kogo samo słowo: "Afryka" - wywołuje dreszcz strachu przed nieznanym. Przyznaję, sama bałam się tej podróży, nie potrafiąc sprecyzować, czego konkretnie się obawiam.
Europejczyk, "skażony" cywilizacją, musi się najpierw pozbyć "europejskiego" sposobu myślenia i postrzegania świata. Trudno tego dokonać, siedząc w fotelu z filiżanką aromatycznej kawy i czytając opowieści z dalekich krajów, czy nawet oglądając film. Dlatego z góry przepraszam, ale moja Afryka jest wyłącznie jej obrazem, który odcisnął się w mojej pamięci. Nie sądzę, żeby istniały dwie osoby, na których ten kontynent wywarł identyczne wrażenie.

foto by Mirek
foto by Mirek


foto by Mirek

Jedziemy przez identycznie wyglądające mieściny. Rowery, śmieci, kozy, śmieci, owce, śmieci, kolorowo ubrane kobiety, osły zaprzężone do wózków, jeden chudy koń, nieliczne samochody, najczęściej na wpół zardzewiałe busy, spełniające rolę komunikacji międzymiastowej, śmieci, przydrożne baraki, okazujące się raz warsztatem rowerowym, kiedy indziej punktem produkującym drewniane ramy łóżek, kawiarnią, sklepem spożywczym - ale to można ocenić dopiero po zajrzeniu do środka - z zewnątrz wyglądają niemal tak samo. Pomarańczowa ziemia, jasnoszare niebo, drzewa cytrynowe, żółto-beżowe ściany budynków, z których czasem zwieszają się oblepione kolorowymi kwiatami gałęzie. 




Kontrola policyjna (chociaż kto wie, czy policyjna? tutaj są różnorodne służby mundurowe) - po raz pierwszy trochę stresujące dla mnie wydarzenie - ale panowie pytają tylko o samopoczucie ("how are you?) i cel wycieczki. Po kilkuset metrach - kolejna kontrola z tym samym zestawem pytań. Jednak wisi gdzieś w powietrzu i inne pytanie: "co masz dla mnie?", które tym razem jeszcze nie pada, ale Dymitr, nauczony doświadczeniem, jest na nie przygotowany.
Jadąc przez miasteczka, machamy przyjaźnie - dobrze jest zostawiać po sobie miłe wspomnienia, nawet jeśli przejeżdża się tylko, bez przystanku, przez jakieś miejsce. Dzieciaki uśmiechają się do nas - mamy ciekawy klakson z odgłosami zwierząt. Najczęściej używamy krowy - wszak nasz bus to "Krówka".

Ok. 16.00 docieramy do granicy Gambii z Senegalem.

foto by Mirek

Chaos, to jedyne słowo, które przychodzi mi do europejskiej głowy, żeby opisać to, co widzę. Dzieci, kozy, handlarze, owce, psy, służby mundurowe - wszyscy oni pośród śmieci, śmieci, które nie wyglądają jak miejscowy odpad - w większości są to torebki foliowe i inne opakowania. Dziękujemy ci, Cywilizacjo, że dotarłaś do Czarnego Lądu.......
Budynek służb granicznych wygląda jak wszystkie inne budynki, które dotąd widziałam: brudny i oskubany barak. Dymitr znika w środku, wraz z naszymi dokumentami, my zostajemy w busie. Zaproponował taką taktykę, żeby zaoszczędzić czas: jeśli wchodzi do kontroli on sam, tylko on jeden jest obiektem zainteresowania licznych urzędników (jak się masz? skąd jedziesz? dokąd? z Polski? naprawdę? skąd masz czaszkę na samochodzie? przywiozłeś swoją rodzinę? - i tak w nieskończoność.......). Gdybyśmy weszli do "urzędu" całą czwórką, na te same pytania musielibyśmy odpowiadać cztery razy. I również cztery razy zapytano by nas, czy przypadkiem nie mamy dla pana urzędnika jakiegoś prezentu. Buty? Czapka? Okulary? Może chociaż długopis? Tuż pod tabliczką z napisem: "NIE dla korupcji".
Kontrola graniczna będzie trwała zwykle kilka - kilkanaście minut - właśnie ze względu na te - z europejskiego punktu widzenia - niczemu nie służące - wypytywanki.
W tym czasie do naszych busów przylepiają się dzieciaki w różnym wieku. Nie dwoje, nie pięcioro - śmiało można powiedzieć, że całe, sporawe i rosnące w oczach - stadko. Najpierw oferują swoje towary - orzechy i pomarańcze, oczywiście przyniesione w misach na głowie. Ale bardzo szybko dziecięca ciekawość bierze górę: "skąd przyjechaliście, dokąd jedziecie, ile macie lat, macie słodycze, macie zabawki, macie długopisy?" Mamy to wszystko, ale - z doświadczenia Dymitra wiemy, że na granicach nie prowadzi się akcji rozdawania - przede wszystkim z dwóch powodów: 1. wieść o tym, że ktoś coś rozdaje, rozchodzi się błyskawicznie i wywołuje  namnożenie się dzieci w tempie prze-potwornym. Nie sposób obdarować wszystkich, choćby się miało ze sobą obwoźną fabrykę długopisów....2. dzieci przy granicy mają większe możliwości zarobku, czy po prostu zdobycia czegokolwiek od turystów. My nasze prezenty postanowiliśmy rozdać w wioskach, z dala od szlaków wycieczkowych, gdzie mało kto zagląda.
 Granica senegalska. Powtórka z granicy gambijskiej: dzieci, owce, kozy, psy i śmieci. Jedyną różnicą jest to, że kończy się przyjazny język angielski, zaczyna obowiązywać francuski. Jednak prawda jest taka, że jeśli ktoś bardzo chce się dogadać, dogada się zawsze i wszędzie.
 Niewątpliwie największe zainteresowanie dzieci wzbudza aparat na zębach Gilberta. Koniecznie chcą wiedzieć, czy ja i Ismena również mamy takie "coś".
Jedna z rzeczy, której nie spodziewałabym się na granicy gambijsko-senegalskiej, to usłyszeć ojczysty język od kogoś, spoza naszej Ekipy. "Jak się masz?" - tubalnym głosem pozdrawia nas miejscowy kierowca, zauważywszy napisy na naszych busach. Polska mowa dociera wszędzie.

Tuż za granicą, drogę przebiega nam stado rudych małp. Jesteśmy tak zaskoczeni, że nie zdążamy pstryknąć im zdjęć. Ale pierwsze afrykańskie dzikie zwierzęta mamy zaliczone. Chwilę potem - również nie starcza nam refleksu na zdjęcie - widzimy afrykańskie krowy, pasące się w lesie palmowym. Chyba marni z nas fotografowie....
Poniżej: całkiem dobra, senegalska droga. Zaledwie jedna dziura. Co odważniejsi ( i wyposażeni w odpowiednie obuwie) Panowie nurkują w krzakach, w celu zdobycia drewna na ognisko. Asia zdobywa naręcze przydrożnej mięty.




Pierwszy most, który pokonujemy właściwie tylko po to, żeby zobaczyć, jak to jest przejechać nad sporą rzeką - most w Diouloulou. Widoki, rzeczywiście, niespotykane nigdzie indziej. Jednak zawracamy na zaplanowaną drogę, aby przed wieczorem dotrzeć do Abene.



Zaraz po zmianie kierunku, kończy się asfalt, zaczyna typowo afrykańska droga, której pokonanie oznacza unurzanie się w rudym pyle.  Poza tym, bez zmian: owce, kozy, osły, śmieci oraz ruderowato wyglądające domostwa. Tylko jakby jeszcze bardziej dziko, niż do tej pory.....



Późnym popołudniem docieramy do Atlantyku. Pogoda - jak widać - mało afrykańska. Znowu przemyka mi przez myśl, że może ta pora sucha w tym roku będzie inna i po prostu - ku zdziwieniu wszystkich - spadnie deszcz? Zarówno niebo, jak i wody oceanu, są szarobure, woda chłodna. Jednak  miękki piasek zaprasza do spacerów i każe czerpać radość z obcowania z naturą: wszak w Polsce jest śnieg i kilka stopni (ciepła lub zimna - to bez znaczenia, wobec afrykańskich dwudziestu kilku).




Na plaży jest spory ruch, czego się nie spodziewałam. I duża ilość europejskich turystów, czego spodziewałam się jeszcze mniej.



 Na obozowisko wybieramy miejsce tuż przy plaży, pod wielkimi drzewami iglastymi. Okazuje się, że szyszki tych (lub innych pobliskich drzew) mają mało przyjemną właściwość wbijania się w skórę. Cóż: dobrze, że to nie jakieś insekty....



foto by Mirek
Miejscowi, oczywiście, są "na posterunku" - od samego przyjazdu towarzyszy nam Ibrahim (potem dołącza do niego kolega, też Ibrahim) - który zaczyna standardowym: "jak się macie"(naturalnie - po francusku), a potem - zdobywszy o nas wszelkie informacje, opowiada i o sobie. W międzyczasie płynnie przechodzi na angielski, dowiedziawszy się, że nam z francuskim jest jakoś nie po drodze. Ibrahim jest nauczycielem historii i ...Gambijczykiem. Przyjechał do Abene na obchody powitania Nowego Roku i związany z nimi festiwal bębniarski. To jest duże wydarzenie dla okolicznych mieszkańców, dlatego w miasteczku, na tych kilka dni, jest tłoczno i radośnie.


Kiedy już wszyscy czują się rozlokowani, szykujemy wspólną kolację: warzywa z ryżem w sosie curry.


Jak widać, czołówki znowu w użyciu, ku mojej frustracji. No, ale inaczej po prostu się nie da.
Kolacja, dzięki współpracy obydwu ekip, wychodzi wyborna. Zjadamy ją w towarzystwie naszych nowych znajomych.
A potem obserwujemy poziomy(!) księżyc i gwiazdy oraz wsłuchujemy się w odgłosy Afryki.
Pierwsza noc w plenerze. Trzy namioty, dwa busy. Ja z Ismeną będę spać w naszym samochodzie, Martin z Asią w białej "Krówce". Panowie w namiotach: Gilbert i Dymitr razem, Jarek i Mirek osobno. Jakoś w pobliżu oceanu nie napawa mnie to strachem, jest tak.....zwyczajnie, prawie jak na Krymie.