"Hej, Przygodo!" to hasło zaczerpnięte z naszej ukraińskiej Przygody Krymskiej. "Hej, Przygodo!" - tylko tyle można powiedzieć, wybierając się na inny kontynent busem, który - ledwie odratowany i doprowadzony do jako-takiego ładu przez niezawodnego M., ma służyć za dom, walizkę, środek transportu i wszystko to, co jest potrzebne w trzytygodniowej podróży.
No to w Drogę!

środa, 2 stycznia 2013

Na podbój Casamance

Poprzedniego wieczora naszkicowane zostały dość konkretne plany: wstajemy rano, zbieramy się żwawo, wstępujemy do pani Zofii na degustację wina palmowego - i ruszamy dalej w drogę. Przed południem mieliśmy być już w trasie.
Cóż...nie zawsze wychodzi tak, jakby się sobie życzyło.
Ismena, obudzona przeze mnie okrzykiem: "wstawaj do szkoły!" (wszak jest 2.01, jej koledzy wrócili do poświątecznej codzienności), marudzi nieco, zanim dotrze do niej, gdzie się znajduje. Gilbert, nadal źle się czuje - wita dzień gorączką i dawką pyralginy.
Zwijanie obozowiska trwa nieco dłużej, niż byśmy oczekiwali - musimy zebrać wszystkie pozostawione po nas śmieci i poczekać, aż spłoną w ogniu. Tak, tak, moja dusza, do głębi przyjazna przyrodzie, cierpi przeokrutnie, ale taka jest tu rzeczywistość. Nie jest to sytuacja bez wyjścia, skądże znowu! Mamy kilka rozwiązań:
1. zabrać śmieci do miasteczka i wyrzucić do kosza (jakiego kosza???)
2. zostawić śmieci w barze, niech sprawę załatwi nasz Ibi, zaprzyjaźniony barman (cóż...wtedy spłoną tak czy inaczej, za wyjątkiem tej części, która się rozsypie)
3. zostawić śmieci tak, jak wiszą - na gałęzi lub wyrzucić w krzaki (i tak jest wszędzie ich pełno, nikt nie zauważy)
4. zakopać
5. spalić
Czy ktoś się jeszcze dziwi, że mimo tego, że skręca mnie w środku i rozpaczam, a moje poczucie ekologicznej odpowiedzialności wyje straszliwie, zgadzam się, że własnoręczne spalenie to najlepsze wyjście.
Podczas wyjeżdżania, bus Martina zakopuje się w piasku, w zasadzie z nieznanych przyczyn, bo droga wygląda na zupełnie przyzwoicie przejezdną. Mamy akcję ratunkową - najpierw z wykopywaniem, potem z wyciąganiem na lince.
Jeszcze tylko tankowanie wody do baniaków. Jak zwykle - towarzyszy nam gromadka miejscowych, złożona głównie z ciekawskich dzieci. Objawia się też samozwańczy "stróż studni", który dyktuje cenę za wodę - oczywiście cenę zawyżoną. Dymitr prowadzi pertraktacje. Powinien chyba zostać dyplomatą, potrafi dogadać się z każdym i w dowolnym języku.




Wreszcie jedziemy przez Abene. Po raz drugi w dzień. Po raz pierwszy bez "afrykańskiego oszołomienia" - kiedy przejeżdżaliśmy przez miasteczko w drodze nad ocean, byliśmy tak zadziwieni krajobrazem wokół, że nie zdążyliśmy przypatrzeć się jego szczegółom.
Główna droga:

foto by Mirek
Restauracja, jedna z kilku w miasteczku:



I posiadłość pani Zofii za dnia. Na zdjęciu jeden z domków, przeznaczony do wynajęcia przez znajomych turystów:


Bambusy w środowisku naturalnym. Tu stanowią osłonę dla studni.


To fascynujące być tak blisko roślin, które do tej pory widziało się wyłącznie na filmach przyrodniczych.

Bus w plenerze:

foto by Mirek
Cel naszej dzisiejszej wizyty - wino palmowe:


Wino palmowe okazuje się - jak dla mnie - obrzydlistwem nie do wypicia. Fakt - wedle mojej wiedzy - najlepiej spożywać je wieczorem, nie rano, kiedy nie przeszło jeszcze pełnego cyklu fermentacji. Nie zamierzamy czekać do wieczora - już od pewnego czasu ciągnie nas w drogę. Trudno, może któregoś wieczora będzie jeszcze okazja do degustacji tego lokalnego trunku.

Bohaterką przedpołudnia zostaje małpa Kelly, która najpierw zachwyca nas pieczołowitością, z jaką obiera z białych błonek mandarynki:
A zaraz potem, uwolniona z uwięzi przez właścicielkę, zaczyna "rozrabiać" - skacze po nielicznych meblach, zagląda do lustra i próbuje je zrzucić na ziemię, wspina się na płot, próbując ucieczki (podobno największych szkód dokonuje właśnie u sąsiada), jest nieobliczalna - pokazuje swoje prawdziwe oblicze, wciąż dzikie.
W pewnej chwili, psoty małpy przekraczają granicę, dopuszczalną przez panią Zofię - mówi do niej: "Kelly, No!". W ciągu sekundy, niewielka małpka - nieco rozbrykana, ale wciąż rozkoszna - zamienia się w potwora: skacze, wrzeszczy, macha łapami, rzuca się na właścicielkę, która ośmieliła się jej czegoś zabronić. Niewiele brakuje, aby pani Zofia została poważnie zraniona pazurami swojej podopiecznej - w ostatniej chwili odciąga ją jeden ze współpracowników - kończy się małym draśnięciem w okolicy oka. Po tej historii Młodzież ma nowe powiedzonko na sytuację, kiedy Rodzice czegoś jej odmawiają: "nie mów małpie "nie!"".

Po wysłuchaniu kolejnych wskazówek pan Zofii, obeznanej z lokalnymi ciekawostkami ("koniecznie jedźcie na kemping za Tionk Essil, jest malowniczo!"), wreszcie wyruszamy. Droga zapowiada się interesująco:




To obrazki ze sporej drogi międzymiastowej. Busiki - najczęściej mercedesy - pełniące rolę komunikacji publicznej - załadowane poza wszelkie wyobrażalne granice - zarówno ludźmi, jak i bagażami, umieszczonymi na dachach. Jeszcze nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego widoku, chociaż słyszeliśmy, że na dachu to nawet i czasem kilka zwierząt hodowlanych potrafi się zmieścić, obok bagażu.
Kłody leżące na drodze to miejscowe progi zwalniające - wszak w terenie zabudowanym obowiązuje ograniczenie prędkości - pewnie nie tyle ze względu na bezpieczeństwo (bo jakąż prędkość da się osiągnąć na pylistej, dziurawej drodze?), ale ze względu na ilość pyłu, która wzniecona przez jadący szybciej samochód, opada dużo dłużej. Progami zwalniającymi są zresztą nie tylko pnie drzew, ale i betonowe słupy (wyraźnie - elementy jakichś zrujnowanych płotów) oraz...zwierzęta (psy, owce, kozy, krowy), które niezrażone ruchem samochodowym, leżą sobie w dowolnie wybranym miejscu drogi.
Docieramy do Kafountine, wioski rybackiej, do której odwiedzenia zachęcał nas książkowy przewodnik.


Nie wiem, co miał na myśli autor przewodnika i jaki przyświecał mu cel, ale wioska rybacka, szczególnie okolice portu i targu, nie są miejscem, w którym miałby ochotę znaleźć się jakikolwiek człowiek. Wygląda to jak najbardziej zaśmiecony, najbardziej zdewastowany, najbardziej śmierdzący i - ogólnie - najobrzydliwszy zakątek Ziemi. Szczególnie zapach wszechobecnych ryb, w różnym stanie świeżości, jest - delikatnie mówiąc - zniechęcający. Wycofujemy się szybciej, niż przybyliśmy, porzucając myśl o przechadzaniu się pomiędzy straganami i wybieraniu towaru na kolację.
Odjechawszy nieco, znajdujemy knajpkę, prowadzoną przez Hiszpana, w której postanawiamy się odświeżyć colą.

foto by Mirek

foto by Mirek

foto by Mirek

Lokal wygląda na tyle przyjaźnie, że część Ekipy zaczyna odczuwać głód - a pora jest już wczesnoobiadowa - zamawiamy więc i posiłek. Na stół wjeżdżają oliwki, tortilla jajeczna, spaghetti z krewetkami, frytki. Dzielimy się wszystkim sprawiedliwie, wedle apetytu poszczególnych uczestników biesiady. Mirek degustuje tylko po małym kęsku każdej potrawy: czeka na swojego tuńczyka. Czeka....czeka....i czeka....W końcu idzie do kelnera, bo powoli chcemy się już zbierać do odjazdu, a tu posiłku dla Mirka nie widać. Kelner uprzejmie tłumaczy mu, że "aceituna" to nie jest żaden gatunek tuńczyka, tylko właśnie oliwki, które tak bezmyślnie pożarliśmy, myśląc, że są przystawką. Nie ma już czasu na kolejne zamówienie, obiecujemy Mirkowi podzielić się z nim swoimi porcjami kolacji. Kolejny przykład na to, że języków warto się uczyć, nawet nie mając zamiaru wybrać się do kraju, w którym one obowiązują.
Pakujemy się do busów - i dalej - w ekscytującą podróż.
Droga znów od początku jest ciekawa, trafiamy na objazd:



Interesujący transport osobowo-towarowy:


foto by Mirek



foto by Mirek
Zwierzęta hodowlane poruszają się bez opieki - one same doskonale wiedzą, gdzie jest najlepsze pastwisko i o której godzinie należy wrócić do domu:


Za oknem niesamowite, dla europejskiego oka, widoki:
foto by Mirek



Wkrótce wjeżdżamy na drogę asfaltową, całkiem dobrej jakości. Co jakiś czas mijamy wsie. Domy budowane są inaczej, niż mieliśmy to okazję zaobserwować w okolicach Abene - jakby z większą starannością i dbałością o szczegóły - mniej przypominają byle jak i z byle czego sklecone lepianki. Gdzieniegdzie zauważamy, że powiew cywilizacji przygnał i tutaj telewizję satelitarną:



Potem dowiadujemy się, że telewizory - owszem - są dość powszechne. Gorzej z prądem - większość wsi elektryczność ma albo z baterii słonecznych - albo z agregatów. Pod warunkiem, że są to wsie, które stać na takie dobrodziejstwo.
Większe wsie posiadają własne meczety - ich wielkość, jak sądzę, jest zależna od zasobności mieszkańców. Poniżej jedna z większych i okazalszych świątyń:

foto by Mirek

Po obu stronach drogi obserwujemy rozlewiska rzeki Casamance, rozciągające się czasami po horyzont. Gdzieniegdzie widać rybaków, zarzucających sieci, rolników, uprawiających ryż, mnóstwo ptactwa wodnego oraz krowy - jak już wiemy, można spotkać je zarówno pod palmami, jak i na plaży. Teraz widzimy, że potrafią się wypasać nawet nad błotnistą kałużą, zanurzone w wodzie po brzuchy.
W porze deszczowej musi być tutaj zupełnie inaczej - ciekawe, czy droga, którą jedziemy, jest przejezdna....





W związku z tym, że wody jest tu pod dostatkiem, krajobraz mijamy zupełnie inny, niż w północnej części Senegalu. Wciąż jest zielono i miejscami wcale nie wygląda na porę suchą.



Największe wrażenie robią monumentalne drzewa. Zdjęcia nie oddają ich wielkości, ale są naprawdę przeogromne.




Co pewien czas, zatrzymują nas na drodze patrole wojskowe, policyjne lub żandarmi. W sumie - nie odróżniam tych służb, bo i po co: działają w podobny sposób. Na drodze stoi zardzewiały znak "stop" i - dla pewności - leży kilka zwalonych pieńków. W okolicy stoi jakiś samochód, pod pobliskim drzewem - dla osłony przed słońcem - stoi lub (częściej) siedzi jeden lub kilku umundurowanych mężczyzn. Zatrzymują auta, leniwie i nieśpiesznie podchodzą, padają standardowe pytania: " jak się masz-skąd-dokąd jedziesz-jak masz na imię- czy to twoja rodzina..." - i dalej(albo nie) - zgodnie z fantazją "pana oficera". W czterech przypadkach na pięć, pada pytanie o prezent dla kontrolującego - w naszym busie zawsze Dymitr, kierowca, rozmawia ze "służbami" i zawsze w takich sytuacjach odpowiada, że wszystkie prezenty zostawiliśmy dzieciom w wiosce, którą właśnie minęliśmy. Taktyka działa - panowie natychmiast przestają domagać się prezentu, należnego im z racji zajmowanego stanowiska.
W rejonie Casamance jest wyjątkowo dużo uzbrojonych patroli wojskowych. Jest to związane z faktem obecności rebeliantów na tym terenie. Podobno nigdy nie wiadomo, kiedy wyłonią się z lasu i napadną na wioskę, w celu ograbienia jej z żywności. Dlatego ministerstwa spraw zagranicznych wielu państw europejskich (w tym Polski MSZ) zalecają ostrożność w czasie podróży w tym rejonie. Z naszych obserwacji wynika jednak, że Senegal świetnie radzi sobie z utrzymaniem spokoju.
W pewnym momencie, kiedy już-już szykujemy się do wjazdu do polecanego przez panią Zofię Tionk Essil, patrol wojskowy mówi nam, że absolutnie dalej nie pojedziemy. Droga jest zamknięta, nie ma przejazdu i koniec - nakazano nam bezwzględnie zawracać.
Do miasta Ziguinchor, gdzie moglibyśmy liczyć na jakiś kemping, jest zbyt daleko, żebyśmy zdążyli tam przed nocą, co oznacza tylko jedno: nocleg w plenerze.
Nie jest to już taki sam, bezstresowy nocleg, jak nad oceanem - zjeżdżamy z drogi i szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy rozbić namioty i rozpalić ognisko. Idealnie byłoby w pobliżu jakiejś wioski, po ustaleniu z jej mieszkańcami, czy aby nie będziemy przeszkadzać. Niestety, jak na złość, ni żywego ducha w okolicy, chociaż zabudowania, i owszem - są.
Słońce zachodzi, zaczyna się robić dość nieprzyjemnie. Decydujemy się na rozbicie obozowiska nieopodal drogi, wśród drzew, na niewielkiej polanie. Powstaje naprędce makaron z pesto, sporządzony dzięki współpracy obydwu Ekip, na deser mamy arbuza, pokrojonego przeze mnie - musiałam czymś zająć ręce, podczas gdy myśli miałam zajęte opanowywaniem paniki. Moja wyobraźnia pracuje zdecydowanie nazbyt dobrze - widzę stada węży i pająków, czających się na mnie i czyhających, by wtargnąć mi do buta, do łóżka, pod bluzę - mam ochotę schować się pod moskitierą i - dla pewności - owinąć drugą i to samo zrobić z pozostałymi członkami mojej rodziny. Wyobraźnia Jarka działa nieco inaczej, niż moja - siedzi przy ognisku, uzbrojony w pokaźny kij i oświadcza, że on tu będzie czuwał i pilnował ognia, żeby żadne dzikie zwierzęta się nie podkradły, za nic w świecie nie chce spać w namiocie. W końcu jednak wszyscy udajemy się na spoczynek. 

foto by Mirek
Noc nie należy do spokojnych: jeszcze przed północą słyszymy, jak ktoś zwiedza nasze obozowisko - czy to zwierzę, czy człowiek, nie dowiemy się nigdy. Dymitr, odważnie patrolujący teren z latarką, zauważa na drzewie dwa świecące punkciki, przypatrujące się nam z zaciekawieniem oraz zarys ogoniastego zwierzęcia, będącego właścicielem błyszczących oczu. Dopiero po powrocie do domu, dogrzebię się do wiedzy, cóż to mogło być za stworzenie - jedyne, co pasuje mi wielkością i trybem życia, to karakal, miły kociak.


Staramy się zasnąć, ale nie jest to proste....





























wtorek, 1 stycznia 2013

Równie nietypowy Nowy Rok

W noworoczny poranek, witają nas maszerujące krowy. Idą dziarsko, środkiem ścieżki przy plaży, nie zbaczają z trasy - wyraźnie wiedzą, gdzie jest cel ich wędrówki.


Na śniadanie zjadamy - wreszcie, po dwóch dniach spożywania coraz bardziej suchych placków - świeżutkie bagietki. Powiew luksusu....Zaraz potem wyruszamy na plażę, wykorzystać ostatni dzień lenistwa. Nawet Gilbert wlecze się z nami - zalega w hamaku i czeka na lepsze samopoczucie, by zanurzyć się w oceanie (dziadkowie prawdopodobnie załamaliby ręce nad naszą niefrasobliwością: "dziecko z anginą puszczacie do wody???w STYCZNIU????"). 

foto by Mirek


Jest gorąco, chociaż słońce nadal raczej za chmurami.

Zachęcona pustą plażą - wszyscy prawdopodobnie odpoczywają po wczorajszym biesiadowaniu - oświadczam, że idę na spacer z aparatem. Nie biorę pod uwagę, że akurat nikt mnie nie słyszy, bo każdy jest zajęty swoimi sprawami....Oddalam się....
Już-już udaje mi się złapać rytm fal i wsłuchać się w ich niczym niezmącony szum, kiedy harmonia zostaje zburzona - najpierw człapaniem za moimi plecami...."Ups, koniec mojej samotności" - nie zdążam nawet pomyśleć, kiedy do moich uszu - spragnionych ciszy - dociera znajomy zestaw pytań: "bonjour, ca va!-bonne annee-how are you-happy new year-from which country are you coming?" Moje milczenie nie pomaga, moje naiwne, acz prawdziwe, tłumaczenia, że pragnę ciszy, spokoju i obcowania z naturą - tylko ja i Atlantyk - też niewiele wnoszą, oprócz tego, że rodzą nowe pytania: po co przyjechałam do Afryki, skoro nie chcę rozmawiać i poznawać miejscowych ludzi? czy uważam, że kolor skóry ma znaczenie?czy wiem, że czarni mężczyźni są silniejsi od białych......i tak dalej - w nieskończoność. Zniechęcona, zawracam, co nie zraża, bynajmniej, mojego adoratora - nadal towarzyszy mi, natrętnie wypytując i usiłując pokazać, że jego obecność jest mi niezbędna do życia.
Zauważam krowy, wylegujące się na plaży. Dość niezwykłe zjawisko. Upatrując w nim mojego wybawienia, oddalam się od miłośnika monologów, w celu zrobienia mini-sesji zdjęciowej.


 

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że moje desperackie próby uwolnienia się od towarzystwa nie pozbawiły mnie zdrowego rozsądku oraz instynktu samozachowawczego. Otóż znajduję się pośrodku stada afrykańskich krów, o których nie wiem nic - na przykład: nie mam pojęcia, czy nie są agresywne....Zaczynam się nad tym zastanawiać dopiero wtedy, kiedy uroczy byk powstaje ze swej leniwej, wypoczynkowej pozy i zaczyna na mnie spoglądać spode łba, a jego rogi - no cóż....jakoś tak dziwnie sterczą.
Wtedy pstrykam tę fotkę, myśląc sobie: "będą mówić: dość kiepskie zdjęcie, żeby aż zginąć przez nie".

 

Jakoś się jednak z byczkiem "dogaduję" - patrzymy sobie przez chwilę głęboko w oczy i każde z nas rusza w swoją stronę. W przeciwieństwie do miejscowego amoroso, niestety. Czeka, niezrażony tym, że jakaś wariacka miłośniczka krów mu się trafiła: "dlaczego nie zrobisz zdjęcia mnie, tylko krowom" - pyta. Cóż, moja europejska uprzejmość jest już głęboko pogrzebana - warczę więc, mało przyjaźnie: "ponieważ krowy lubię bardziej niż ludzi". Dopiero widok Gilberta i Dymitra, machających na mój widok energicznie, wzrusza Pana Natrętnego, bo przecież kiedy kobieta mówi  mu, że przyjechała turystycznie, z mężem i dziećmi, a nie w celu nawiązywania ekscytujących znajomości, nie należy jej wierzyć - na pewno zmyśla - przecież Europejki przyjeżdżają do Abene w jednym tylko celu....
Okazuje się, że Panowie dość są zdenerwowani moim nagłym i długotrwałym zniknięciem - jakoś umknęła im informacja, że wybieram się na spacer. Kiedy mierzyłam się wzrokiem z krowami, w obozowisku i na plaży trwały gorączkowe poszukiwania i niemal zostałam uznana za zaginioną lub porwaną.....Cóż - można powiedzieć, że próba została podjęta.
Resztę dnia spędzamy na leniwym plażowaniu i zastanawianiu się, ile dni moglibyśmy wytrzymać w takiej monotonii: śniadanie-plaża-hamak-cola-pływanie bez materaca-pływanie na materacu-kawa-obiad-spacer-plaża-hamak-pływanie bez materaca-pływanie na materacu-spacer-kolacja-ognisko-spanie - i od nowa......
Drugi dzień pobytu w miejscu, a już się lekko nudzimy. Droga, droga nas kusi i przyciąga.
Wieczorem wyruszamy spacerem do Pani Zofii na kolację.
 Mijamy bębniarzy, trenujących przed wieczornym festiwalem...
foto by Mirek

 ... jakieś błotniste rozlewiska....



foto by Mirek


...i mnóstwo ludzi przemieszczających się w tą i z powrotem - pieszo, bądź na motorach, oświetlonych, niczym choinki.
foto by Mirek

Idziemy przez zakurzone miasteczko, po obu stronach głównej ulicy stragany i zakłady usługowe oraz sklepiki.


Tak wygląda - dla przykładu - punkt naprawy rowerów:


Wreszcie udaje mi się wypatrzyć banany w fazie wzrostu.



Droga jest dużo przyjemniejsza, niż dnia poprzedniego - nie ma tylu amatorów bratania się z nami oraz zadawania pytań w rodzaju "how are you?-where are you from?-what is your name?".
Dom pani Zofii okazuje się całkiem sporą posiadłością, z kilkoma domkami do wynajęcia znajomym i znajomym-znajomych, z ogrodem, miejscem do wypoczynku pod dachem, zabudowaniami gospodarczymi - ot, po prostu - prywatny kemping.

foto by Mirek

Pani Zofia, oprócz tego, że opowiada barwną historię swojego przybycia i osiedlenia się w Abene, częstuje nas napojem z hibiskusa (ten czerwony płyn, po lewej stronie) i z imbiru (żółta ciecz po prawej). Hibiskus jest kwaskowaty i orzeźwiający, podobny w smaku do czerwonej porzeczki, a "Ginger" smakuje jak......imbir. Ja nie należę do amatorów tych smaków, szczególnie imbir jest mało przyjemny dla mojego podniebienia, ale są wśród nas tacy, którzy piją ze smakiem obydwa napoje, a nawet odważają się tworzyć z nich mikstury.


Poznajemy znajomych i współpracowników pani Zofii - szczególnie jeden holenderski naukowiec jest interesujący - znalazł w pobliskiej wiosce miłość swojego życia, dziewczynę młodszą od niego o kilkadziesiąt lat (co nie dziwi, w zasadzie), z którą porozumiewa się wyłącznie na migi, bo nie znają żadnego języka mówionego, którym mogliby się porozumiewać (co już nieco dziwi), został muzułmaninem, żeby jej rodzina go zaakceptowała - są małżeństwem i wyglądają jak para gołąbków.
Poznajemy też jedną specjalną lokatorkę:


Małpa o imieniu Kelly pozostaje jednak na uwięzi, ponieważ - jak tłumaczy pani Zofia - potrafi nieźle narozrabiać, mimo tego, że jest oswojona.
Dowiadujemy się, jakie miejsca w Casamance są szczególnie godne obejrzenia i na co powinniśmy uważać. Dowiadujemy się też - że owszem - są tu węże, skorpiony i inne mało przyjemne zwierzątka, tylko raczej starają się unikać ludzi.
Bardzo lubię takie rozmowy o codzienności w miejscach, które przyszło nam odwiedzać. Ciekawią mnie różnice światopoglądowe, sposób na życie ludzi w odległych stronach - tak odmienny od mojego i takiego, który znam.
Po miłej pogawędce, nadchodzi czas na kolację. Zastawa stołowa wjeżdża - zgodnie z miejscowym zwyczajem - na narzuty rozłożone na podłodze. Będziemy jeść rybę (wreszcie - Martin, który na rybę miał chęć od początku wyjazdu, wreszcie będzie usatysfakcjonowany!) z frytkami z manioku, położoną na warzywach (nie wytrzymuję i - po kilku dniach warzywnego postu - rzucam się na sałatę, marchewkę, cebulę i ogórka, licząc na to, że warzywa w tych - domowych niemal - warunkach - opłukano dokładnie z wszelkich ameb w CZYSTEJ wodzie).
Danie jest przepyszne, albo my tacy wygłodniali - czas pomiędzy takim wyglądem zastawy "stołowej":


a takim:

jest nieprzyzwoicie krótki. Bagietkami prosto z pieca wylizujemy smaczny sos. Długo będziemy wspominać tę afrykańsko-polską kolację.
Tymczasem trzeba opuścić gościnne progi pani Zofii - wracamy do obozowiska, by wcześniej położyć się spać - jutro ruszamy na podbój Casamance.


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Nietypowy Sylwester

Wstaję jako jedna z pierwszych - bladym świtem, jak mi się wydaje. Noc minęła spokojnie, ale jest dość....CHŁODNO - tego się po Afryce nie spodziewałam. Krótkie poszukiwania cieplejszej bluzy oraz zegarka i już wiem, że żaden to blady świt - jest prawie dziewiąta! Jednak obozowisko pozostaje w uśpieniu, korzystam więc z okazji i udaję się na rekonesans, którego owocem jest kilka zdjęć naszego otoczenia.
Pobliski pagórek, za który udawaliśmy się zaznać koniecznego odosobnienia. Takież roztaczały się przed nami widoki:
 


Pierwszy mój baobab. Ten jest osobnikiem bardzo młodym, wręcz karłowatym. Prawdziwe, wiekowe baobaby jeszcze przed nami. Nie mogę się doczekać....




Odgłosów ptactwa sfotografować się nie da, ale zdecydowanie - jest dość gwarno i różnorodnie w gałęziach drzew i zaroślach. Wręcz ma człowiek wrażenie, że panuje tam nieopisany tłok i przepychanki. Zanim przywykniemy do tego tumultu, niekiedy będziemy mieć pewność, że KTOŚ nas z gęstwiny podgląda.
Nasz obóz z wysokości pagórka, wygląda tak:




Idąc w przeciwną stronę od obozowiska, trafiamy wprost na plażę. Na obrzeżach - bary, a raczej "bary" z hamakami oraz bardzo naturalnymi i ekologicznymi parasolkami. "Bary" pisane w cudzysłowie, bowiem jedyna oferta, której się można spodziewać, to cola, fanta i...hmmm...zaopatrzenie dla pragnących oderwać się od rzeczywistości.
Abene jest mekką miłośników muzyki reggae oraz - związanej z nią - kultury.
Nie jest mi po drodze ani z tą muzyką, ani z kulturą, a nie chciałabym się zbytnio wyzłośliwiać, dlatego wkleję nieco prześmiewczego, acz celnego, linka.

http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Rastafarianie

Treść dotyczy polskich miłośników tejże kultury, tu byliśmy u źródła i korzenia. Myślę, że nawet na Jamajce nie ma tylu "rasta", co w jednym, malutkim Abene. Tak, owszem: trzeba do nich powtarzać kilka razy, a i tak nie ma pewności, że treść informacji dotrze przez dredy do oszołomionego wiecznie mózgu. Tak, owszem: oni się nigdzie nie śpieszą i nic nie muszą. Tak, owszem - wszyscy, bez wyjątku, mają dredy oraz trójkolorowe czapki. Różnica: oni nie nazywają wszystkich "man", tylko "brother".






Wracam na śniadanie. Gambijskie placki, podobne do tortilli, masło, serek topiony, szynka, dżem.
 Gilbert wygląda już tak źle, że zmuszam go do zmierzenia gorączki: 38,6. I w Afryce potrafi go dopaść go jego słynna angina....Na szczęście przewidziałam taki rozwój wypadków: mamy ze sobą antybiotyki i sporą dawkę środków przeciwgorączkowych które ordynuję natychmiast. Gilbert idzie do busa, przespać gorączkę.
Tuż po śniadaniu, odwiedza nas dziewczyna sprzedająca mandarynki. Prawie nie mówi po angielsku, wspinam się więc na wyżyny swoich francuskojęzycznych umiejętności, które jednak, w praktyce, okazują się nizinami. Dowiadujemy się, że dziewczyna ma na imię Ubi, mieszka w Abene, chodzi do szkoły i ma....13 lat (!!!) - na tyle wystarcza mi umiejętności formułowania pytań. Czas zapłakać nad moim ulubionym językiem i wziąć się - po powrocie - do nauki.


Dla porównania, tak wygląda trzynastolatka z Polski:

foto by Mirek

Ubi z Abene, podobnie jak obydwaj Ibrahimowie z Gambii - ci sami, którzy biesiadowali z nami poprzedniego wieczora - czują się z nami związani i zaprzyjaźnieni na tyle, że bytują w naszym obozowisku na stałe. O ile obecność dziewczynki nie jest dla nas uciążliwa (uczymy ją liczyć po Polsku, śpiewamy piosenki - ona senegalskie, my - polskie), o tyle dwóch obcych mężczyzn znacząco utrudnia mi, Asi oraz Ismenie kwestie bytowe, jak chociażby chęć przebrania się w kostium kąpielowy. Aluzje, w rodzaju: "do zobaczenia wieczorem", na panów zupełnie nie działają, trzeba porzucić zasady dobrego wychowania i zwyczajnie, wprost powiedzieć: "panowie, teraz chcemy mieć czas tylko dla siebie, idźcie w swoją stronę, być może spotkamy się wieczorem". Jest to mało grzeczne, z europejskiego punktu widzenia, ale po prostu konieczne. Miejscowi, co zauważyliśmy, nie mają poczucia płynącego czasu, nie mają też potrzeby bycia w odosobnieniu. Nie rozumieją, że nasz dzień nad Atlantykiem, to nie to samo, co ich całe życie nad Atlantykiem - my łapiemy promienie słońca i szum fal, bo na Dalekiej Północy tego mieć nie będziemy, oni przyjdą na plażę jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc - plaża będzie taka sama, słońce będzie takie samo i Ocean taki sam. My - po powrocie - nie dość, że wylądujemy w sam środek zimy, to jeszcze schwytają nas tryby maszyny zwanej "Praca-Obowiązki-Codzienne Troski". Liczyliśmy na to, że afrykańskie plaże zapewnią nam spokój, obcowanie z naturą i ciszę, tak obcą naszej cywilizacji. Nie chcę przez to powiedzieć, że chcemy unikać kontaktu z miejscowymi - odwrotnie - dążymy do zatrzymania się przy jakiejś wiosce i zapoznania z codziennym życiem jej mieszkańców.







Tutaj, w zagłębiu dość specyficznej turystyki europejskiej, jesteśmy postrzegani - mam wrażenie - jako potencjalne źródło zysku, nawet nie wprost finansowego - jak dla bębniarzy, którzy całymi dniami włócząc się po plaży, grając, śpiewając i tańcząc, zbierają drobne do swoich rastafariańskich, trójkolorowych czapek - ale materialnego: "jest turysta, pewnie ma jakąś interesującą koszulkę, czapkę, okulary, długopis - a może - zaprosi na obiad?". Potrzeby miejscowych są proste i nieskomplikowane. Mają też mnóstwo czasu na towarzyszenie przyjezdnym - w tej części świata z rzadka ktoś ma stałą pracę, raczej zarabia się na życie, łapiąc  to, co przynosi los. "Jutro też jest dzień" - taka jest ich filozofia życiowa. Trzeba to zrozumieć, żeby umiejętnie prowadzić dialog. Zanim ja - Europejka - to dogłębnie pojmę, minie sporo czasu, za to Dymitr, nie-Europejczyk, błyskawicznie znajduje nić porozumienia z Afrykaninami.

Większość dnia spędzamy na plaży.

foto by Mirek

foto by Mirek

foto by Mirek

Degustujemy napoje serwowane przez plażowy bar. Fanta jest dość obrzydliwa, do tego barwi język na pomarańczowo, cola - tak, to jest to! No i miejscowe piwo "Gazela" - bardzo podobne w smaku do polskich cienkich piw, dostępnych w nadbałtyckich kurortach - jednoznacznie kojarzy się z wakacjami. Dymitr, błyskawicznie zawarłszy znajomość z właścicielem baru - też Ibrahimem - musi co chwilę zapewniać, że nie ma ochoty na próbowanie miejscowych "wyrobów zielarskich".
Gilbert, któremu gorączka spada i podskakuje, w zależności od samopoczucia - wyleguje się w hamaku, na plaży lub w busie. Zanotowany rekord: 39,6. Nieco się niepokoimy, bywało w przeszłości, że antybiotyki nie działały....



Skuszeni spokojnymi wodami Atlantyku, postanawiamy napompować materac. Dzieciaki, które bawią się na brzegu, natychmiast zauważają, że coś nietypowego dzieje się nad wodą. Najpierw dwoje, potem pięcioro, w końcu cała banda - ładują się na materac i ochoczo biorą udział w zabawie.




Na brzegu cały czas sporo ludzi - i miejscowych i turystów.


 Wyraźnie daje się zauważyć, że - obok turystyki, nazwijmy to: "kulturalnej" (poznawanie miejscowej muzyki, tańców i ZWYCZAJÓW), kwitnie też turystyka - powiedzmy: "obyczajowa" (dogłębne poznawanie zwyczajów afrykańskich mężczyzn przez europejskie kobiety). Dzięki temu, powszechnie obserwujemy na plaży taki obrazek, jak poniższy:


 Wyjaśnię: miejscowi panowie, wiedząc, że mają widownię w postaci europejskich turystek, wykonują na plaży i w wodzie ćwiczenia gimnastyczne, prezentując swoje możliwości oraz wysportowane ciała. Panie z Europy podziwiają silnych, dobrze zbudowanych afrykańskich mężczyzn i chętnie nawiązują z nimi bliskie....hmmm...przyjaźnie.
Zupełnie nie miałabym nic przeciwko stosunkom afrykańsko-europejskim - w końcu to bardzo dorosłe kobiety są, wiedzą chyba, co robią(?), ale, niestety - proceder ten wpływa znacząco na jakość mojego wypoczynku na plaży w Abene. Senegalczycy, nauczeni doświadczeniem, uważają że każda biała kobieta pożąda ich towarzystwa i jej przyjazd w to miejsce oznaczać może tylko jedno: "pragnę zawrzeć bliską znajomość". Nie ma mowy o tym, żebyśmy ja, Asia albo Ismena, oddaliły się od naszych Panów choćby na 10 kroków. Oznacza to natychmiastowe towarzystwo miejscowego mężczyzny. Towarzystwo niegroźne - wszak oni tylko "chcą porozmawiać" - ale tak natarczywe, nieustępliwe i męczące, że samotnych spacerów po prostu unikamy.
Kiedy część Ekipy plażuje, niektórzy siedzą w obozowisku, przy samochodach. Odwiedza ich pani Zofia, Polka, mieszkająca na stałe w okolicy. Zainteresowana busem z polską rejestracją, zaprasza nas na noworoczną kolację. Zaciekawieni jej drogą do Senegalu, zaproszenie przyjmują. Oznacza to jeszcze jeden cały dzień w Abene, bo planowaliśmy wyjazd  w dalszą drogę 1.01. Może to i lepiej, w związku z chorobą Gilberta
Tuż przed naszym wyjściem z plaży, na horyzoncie pojawiają się skaczące delfiny! Podpływają całkiem blisko i baraszkują w wodzie. Oczywiście aparat mam zbyt daleko, żeby zdążyć zrobić zdjęcia, ale napawamy się ich - podobno nie tak częstym tutaj - widokiem. Ibrahim-z-baru  mówi, że to dobry znak, kiedy delfiny przypływają. Dobry znak dla tych, którzy je widzieli. I świetnie!

Wieczorem szykujemy się na wyjście do miasteczka. Bez opłukania się ze słonej wody - mamy niedobory wody w polowym prysznicu - cóż, może kończyny nam nie odpadną z zasolenia? Musimy przekonywać Ismenę, że nie będzie to zwyczajny Sylwester, że może iść nań z nieumytą głową - i - doprawdy - nie potrzebuje wieczorowego stroju, a już najmniej na pylistą, rudą drogę potrzebuje białych trampek (które właśnie zaginęły). Odbywa się lekka rodzinna awanturka, bowiem Ismena zdecydowanie odmawia sylwestrowego wyjścia w "pseudocrocsach", które na tej wyprawie spełniają rolę obuwia i codziennego, i galowego, my zaś odmawiamy bezsensownego poszukiwania trampek w zapadającym zmroku.
Dość długo szukamy miejsca na kolację - miejscowe knajpki zajęte są przygotowywaniem posiłków "na wynos" dla uczestników festiwalu bębniarskiego i raczej nie nastawiają się na klientów stacjonarnych. Towarzyszą nam pozdrowienia miejscowych, wyłaniających się - pojedynczo lub grupowo - z mroku. Zagadują nas standardowym: "how are you?" oraz "dyżurnym" zestawem pytań: skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy i jak nam się podoba. Czasem mam wrażenie, że nawet nie oczekują odpowiedzi, tylko szukają punktu zaczepienia do kontynuacji znajomości.
Udaje nam się w końcu znaleźć lokal, w którym są wolne stoliki i obsługa chętna przyrządzić nam spaghetti, kurczaka z frytkami oraz kotlety z ryżem, no i - obowiązkowo - warzywa dla Asi, która jest wegetarianką.

 

foto by Mirek

Z warzywami jest jednak pewien problem, przestraszyłam Asię wizją skaczących po surowej sałacie ameb i innych pasożytów, zamierza zamówić sobie warzywa ugotowane. Znalezienie chętnego, który przetłumaczyłby z angielskiego na francuski frazę: "gotowane warzywa" graniczy - w tym miejscu - z cudem. Siedzi - co prawda - kilku rastafarian w różnym stanie świadomości, podobno jeden z nich włada obydwoma potrzebnymi językami, co postanawia wykorzystać żwawa barmanka: "ej, rasta" - woła - "translate!". "Rasta" nieśpiesznie powstaje z krzesła, równie powoli podchodzi do naszego stolika, i pyta: "yeeeeesss.....?" - już wiemy, że nie będzie łatwo. Barmanka wyjaśnia, o co chodzi, Asia zamawia raz jeszcze "boiled vegetables", a "Rasta" zamyśla się na dłuższą chwilę i powtarza: "veeeegeeetaaableeees....." - po czym popada w długotrwałą zadumę. Szczęśliwie, przychodzi jakiś dobry człowiek i wyjaśnia, o co nam chodzi z tymi warzywami. Zawsze wiedziałam, że języki obce to podstawa...
Wielokrotnie próbują się dosiąść do naszego stolika "bracia" - jeden z nich jest na tyle zdeterminowany, że nie rozumie aluzji: "to rodzinna kolacja, chcemy być sami", przystawia sobie krzesełko (uprzednio celowo odsunięte przez Dymitra) i bez skrępowania przystępuje do sporządzania skręta. Dopiero po interwencji barmanki - a obydwie barmanki mają tutaj przeurocze - przesiada się do stolika obok.

foto by Mirek

foto by Mirek

foto by Mirek
Kolację dostajemy dość szybko, wszystkim smakuje znakomicie miejscowe jedzenie, z którym mamy do czynienia po raz pierwszy.

foto by Mirek

foto by Mirek

Wracamy do obozowiska - najpierw witamy Nowy Rok wedle polskiego czasu, czyli godzinę przed senegalskim. Robimy to zgodnie z naszą tradycją - wychylając szampana, przywleczonego z frankfurckiego lotniska, ustalamy też nową tradycję - chóralne śpiewy. Zaczynamy - nie wiadomo czemu - od "Starego niedźwiedzia", potem się rozkręcamy i poszerzamy repertuar o piosenki ludowe, harcerskie, patriotyczne, kolędy. Sylwester nad Atlantykiem, kolędy na plaży - nie da się opisać egzotyki tego zestawienia. Wciąż nie wierzę, że tu dotarłam i to wszystko mi się nie śni.


Następnie ruszamy na plażę, uczestniczyć w miejscowej ceremonii pożegnania/powitania Roku.
Niespodziewanie, przy wejściu do plażowej dyskoteki pod palmami, spotykamy kilka dziewczyn z...Warszawy, które przyjechały tu na warsztaty taneczne. Każda z nich - obowiązkowo - z dredami oraz w towarzystwie miejscowego chłopaka. Widać bardzo zaprzyjaźnieni - trzymają się za ręce albo obejmują czule.
Miejscowe obchody Sylwestra polegają na rozpalaniu wielkiego ogniska na plaży, tańcach i śpiewach. Jest kilka fajerwerków - przywiezionych przez turystów (wzbudzają niemałe zainteresowanie, szczególnie dzieciaków, które wyławiają z wody zużyte i badają sposób działania), kilka lampionów. Porywamy do zabawy kilka osób, śpiewając polskie piosenki - całkiem dobrze nam idzie, po wcześniejszym treningu. Rozochoceni, postanawiamy rozkręcić zabawę. Jest taka piosenka harcerska, w której powtarza się słowa: "o palele, o very tikatunga, o masa, masa, masa, o vale, valua, value" - bardzo szybko zebrane towarzystwo uczy się prostych słów i śpiewamy sobie razem. W pewnym momencie wpadam na szatański pomysł i - na tę samą melodię - śpiewam: "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie". No, jakoś nie ma chętnych do naśladowania.....Ale śmiejemy się wszyscy - udał się żart.




Tłum na plaży gęstnieje, bębny walą, pojawiają się coraz to nowe osoby - ot, chociażby pewien człowiek, wyglądający jak John Lennon po latach kilkudziesięciu - może i on przeżył, jak Presley, Jackson i kilku innych? Wszyscy - mam wrażenie - bawią się przednio, dodać należy - bez alkoholu, jak to bywa na naszych rodzimych imprezach noworocznych. Jednak coraz częściej zdarzają się zaczepki damskiej części naszej Ekipy. Ja i Ismena - mimo tego, że Panowie dzielnie osłaniają nas i bronią do nas dostępu - stwierdzamy, że już dostatecznie nawdychałyśmy się (dosłownie! w powietrzu wręcz wisi specyficzny, ziołowy zapach - co uwidoczniło się nawet na zdjęciach) atmosfery "Sylwestra po senegalsku" i chętnie wrócimy do obozowiska.
Dźwięki bębnów kołyszą nas do snu.