"Hej, Przygodo!" to hasło zaczerpnięte z naszej ukraińskiej Przygody Krymskiej. "Hej, Przygodo!" - tylko tyle można powiedzieć, wybierając się na inny kontynent busem, który - ledwie odratowany i doprowadzony do jako-takiego ładu przez niezawodnego M., ma służyć za dom, walizkę, środek transportu i wszystko to, co jest potrzebne w trzytygodniowej podróży.
No to w Drogę!

piątek, 4 stycznia 2013

Miasto kontra natura

O poranku rzut oka na nasz pokoik - cóż z tego, że łóżka spowite w moskitiery, skoro są one tak zakurzone, że alergicy wolą wystawić się na ukąszenia komarów, niż dać się udusić.



Umeblowanie dość skromne: trzy łóżka, wieszaki w szczątkowej formie, jeden stojący szafko-regalik. Nasze rzeczy zajmują więc głównie podłogę. Ale na jeden nocleg - warunki świetne, szczególnie błogo wspominamy możliwość kąpieli.


Trochę niepokoił mnie poprzedniego wieczoru (i przez kawałek nocy) sufit, zbudowany z czegoś w rodzaju trzciny, zlepionej jakimś tynkiem. Zastanawiałam się, jakiego rodzaju robactwo może wyleźć spomiędzy szpar.

Ale noc minęła spokojnie, nic nas nie oblazło, nic nie pokąsało. Zbieramy się żwawo do wyjazdu.

Zamówione śniadanie wygląda...jak poprzednie śniadanie, które zamawialiśmy (czyli to na kempingu w Sukucie): masło, bagietki, dżemy, kawa, herbata. Po francusku. Jako przekąska może być, ale żeby się tym najeść na dłużej? Nieeeee....Dymitr niepocieszony, bo mięsożerny (wytaszcza z zapasów jakąś konserwę) - dżem będzie na deser, Ismena w ogóle niepocieszona - ona nie lubi dżemu, pożywia się resztkami serka topionego, wygrzebanego z lodówki. Jedyny zadowolony w pełni jest Gilbert, ja w sumie też, chociaż wiem, że za godzinę będę znowu głodna, z powodu braku białka w posiłku - takie złe rzeczy robi z człowiekiem zbilansowana dieta: bezbiałkowe jedzenie to zło.



Na szczęście, dla urozmaicenia, mamy akcent egzotyczny: konfitury z afrykańskich owoców: mado i baobabu. Co to jest "mado" i jak rośnie - nie mam pojęcia. Smakuje dziwnie, do tego zawiera twardawe kawałki. Nie podoba nam się zupełnie. Ale baobab...mmm...baobab to delicje!





Przed wyjazdem rzut oka na "hotelową jadalnię", albo raczej "pokój rekreacyjny": mamy tu stoły do spożywania posiłków, stolik kawowy, telewizor, i - jak widać - miejsce na rowery, choinkę i suszarnię prania.


W tym samym pomieszczeniu znajduje się również "centrum dowodzenia komputerowego", na które tak psioczyliśmy poprzedniego wieczora.


Podwórko hoteliku wygląda tak:


Bardzo dużo zieleni, za murem oberży dominują suche zarośla w kolorze piasku.
Martin i Dymitr dokonują sztuczek - dla mnie zupełnie poza zrozumieniem - i wyparkowują busy (znów zadaję sobie pytanie: jak one się tu zmieściły???) i wyruszamy zwiedzać miasto, chociaż ja jestem sceptyczna, nie wiem - po wczorajszym wstępnym rekonesansie - czy tu w ogóle jest coś do zwiedzania i czy w ogóle forma "zwiedzać" jest na miejscu.
Droga, uchwycona z wnętrza busa, wygląda tak:





Na rozwidleniu dwóch ulic znajduje się pomnik. Nie wiem, co upamiętnia, ale z pewnością jest to coś, z czym związane są kozy - ilość tych zwierząt w różnych miejscach obok pomnika zdradza, że bardzo lubią tu przebywać.


A tu już centralna aleja handlowa Ziguinchor. Opuszczamy busy i idziemy na rekonesans - każda Ekipa w swoja stronę.


W Ziguinchor ładne i malownicze są - tak naprawdę - tylko kwiaty, zwieszające się z płotów i....kobiety. Dziewczyny są ubrane kolorowo, uśmiechnięte, zgrabne - trudno oderwać wzrok. A spotykamy ich sporo w centrum - jest tu dużo szkół, zarówno podstawowych, jak i takich dla młodzieży. Uczniowie odróżniają się od siebie mundurkami - każda szkoła ma swój wzór. Dorosłe kobiety i małe dziewczynki noszą bardzo kolorowe stroje, które podkreślają ich urodę. I te uśmiechy - zapadną nam na długo w pamięć.


Gdzieniegdzie na murach kamienic widać malowidła, mówiące o rodzaju usług, jakie się tu oferuje.






Ulice...hmmm...jak to ulice:

foto by Mirek




Nie bardzo jest co fotografować w tak dużym mieście, jak Ziguinchor....
Budynek, pamiętający prawdopodobnie czasy kolonialnej świetności miasta - jego wygląd i stan obecny mógłby być symbolem Ziguinchor.




Transport osób odbywa się taksówkami - w Senegalu każde miasto ma taksówki w innych barwach - w Ziguinchor są one żółto-czarne.


Transport towarów - metodą bardziej tradycyjną: wozami zaprzężonymi w osiołki...


...lub jeszcze prościej:




Poniżej polski, wzruszający akcent w południowym Senegalu: bociany!!! Tu widoczne są dwa, ale naliczyliśmy około dziesięciu. Nie mieliśmy świadomości, że nasze ptaki dolatują aż tutaj - bardziej kojarzyliśmy je z północną Afryką...


Tuż przed "bocianim drzewem" spotykamy Marcusa - Niemca, właściciela zielonego mercedesa-busa, którego poznaliśmy na kempingu w Sukucie. Też dziś dotarł do Zigiunchor, zmierza ku oceanowi, nie wie jeszcze, jaką trasą. Razem z nim podróżuje pani Joana z Holandii, która również udaje się w tym samym kierunku. Brawa dla niej za odwagę - ja nie miałabym jej tyle, żeby wypuszczać się w samotną podróż po Afryce, licząc na szczęśliwy traf w autostopowaniu. Ale nie jest to pierwsza odważna kobieta, spotkana przez nas w podróży - i nie ostatnia....Żadna z nich nie skarży się na niewygody czy niebezpieczeństwa - wręcz przeciwnie - traktują swoje wyprawy jako coś niezwykle ekscytującego. Spotkanie z Marcusem - niespodziewane i miłe - rzadko widzi się dwa razy tą samą osobę w podróży. Żegnamy się wylewnie, życząc sobie wszystkiego dobrego w dalszej drodze.
Chwilę potem zaczepia nas niejaki pan Samba, właściciel łódek z Elinkine. Kolejne dość niesamowite spotkanie - właśnie wybieramy się do Elinkine z zamiarem wynajęcia łódki. Świetny przypadek - nie dość, że dowiadujemy się, kogo wynająć na przewodnika, dostajemy też namiary na kemping i wskazówkę, gdzie zjeść dobry obiad w Ziguinchor. Zabieramy na ten posiłek pana Sambę, niechże nam poopowiada o tym, co warto obejrzeć w okolicy.
Mansah - restauracja, w której zjemy:



Obiad - należy przyznać - rewelacyjny. Co prawda - znowu kurczak - ale na sposób senegalski: potrawa nazywa się yassa, składa się z ryżu, kurczaka i cytrynowego sosu cebulowego. Mogłabym to jeść nawet codziennie.

Po obiedzie -  jeszcze krótka przechadzka po okolicy. Nic nowego.



Dlaczego spodziewałam się czegoś więcej po Ziguinchor? Bo w google maps wygląda na spore miasto (bo jest to spore miasto!), ma własne lotnisko, katedrę, sporo szkół...Skażona cywilizacją ja - wyobrażałam sobie, że miasto z katedrą i uniwersytetem to coś więcej niż zaśmiecone pastwisko dla zwierząt hodowlanych....
Fakt, bywają uliczki, w których umiejscowione są drogie hotele, za wysokimi murami,  często zaniedbanymi z zewnątrz, jak wszystkie - tak, żeby przechodnie nie mogli się domyślić, w jakim stopniu są one ekskluzywne (a można to sobie sprawdzić, wpisując w wyszukiwarkę "hotele Ziguinchor"). W jednym z takich miejsc dopytujemy się o cenę noclegu - jest ona kilka razy wyższa, niż ta, którą my zapłaciliśmy w Auberge Aw-Bay. Pytanie: jak ktoś może doświadczyć i poczuć Afrykę, pławiąc się w takim luksusie?

Potem jeszcze zakupy spożywcze, które robimy na stacji benzynowej, w związku z tym, że w godzinach 14.00-15.00 wszystkie rodzime sklepy pozostają zamknięte - to czas na modlitwę.
Kolejne niespodziewane spotkanie: widząc naszą rejestrację i naklejki, zaczepia nas dziewczyna, podróżująca w towarzystwie koleżanek z Hiszpanii - sama zaś pochodzi z Polski. Bardzo miło usłyszeć ojczysty język w środku Senegalu. Rozmawiamy chwilę, wymieniamy się informacjami - ona wraca akurat z miejsca, do którego my zmierzamy - również poleca wyspę Karaban, jako raj na ziemi. I świetnie, bo właśnie takie mieliśmy plany.

Około 16.00 - nareszcie - jesteśmy poza miastem. Aż się chce głębiej odetchnąć....










Jest piątek, a w kościele w jednej z wiosek trwa msza, która gromadzi dość liczne grono. Zastanawiam się, czy nie ma jakiegoś święta...do Trzech Króli jeszcze dwa dni - pewnie jest to jakaś lokalna uroczystość - tłumaczę sobie. Dopiero później się dowiem, że tutaj msze są wtedy, kiedy dotrze ksiądz - w niektórych wioskach w niedzielę, ale nie we wszystkich - jeden ksiądz jest przypisany do kilku wiosek, ma ustalony grafik. Widocznie w tej wiosce niedzielna msza odbywa się w piątek.


Znów polski akcent: bocian w locie...


...i podczas żerowania.




Im bliżej ujścia rzeki do oceanu, widzimy coraz bujniejsze, różnorodne, wielopiętrowe - lasy galeriowe, które zachwycają swoim bogactwem.



  



Przy kolejnym moście nad jakąś odnogą rzeki Casamance, widzimy wioskę rybacką. Ciekawe, jak funkcjonuje w porze deszczowej, skoro domy nie są zbudowane na podmurówkach, ani nawet na palach - może to wioska sezonowa?



Wjeżdżamy do miasta Oussouye. Sentymentalne spotkanie: stareńki Land Rover stoi na poboczu.


Typowy obrazek: kobieta z bagażem na głowie i dzieckiem na plecach. Ciekawostka: dzieci w Afryce mają świetnie, póki nie urodzi się młodsze rodzeństwo - są z matkami ciągle, wszędzie i zawsze, bo noszone są w chustach cały dzień, niezależnie od wieku - pod warunkiem, że nie pojawi się w rodzinie następne dziecko. Częściej spotyka się kobiety z dwulatkiem za rękę i niemowlakiem na plecach, niż matki z pięciolatkiem w charakterze tobołka - ale owszem - jeśli pięciolatek nie ma rodzeństwa, jest nadal noszony. Opieka matczyna znacznie słabnie, kiedy dziecko staje na własne nogi - stąd obecność dzieci w różnym wieku tam, gdzie tylko dzieje się coś interesującego - bardzo duże znaczenie w wychowaniu kilkulatków ma rówieśnicza grupa sąsiedzka.


Jak w każdym zaludnionym miejscu Senegalu i w Oussouye zwierzęta rządzą!


Staramy się nie zatrzymywać w przydrożnych wioskach, żeby nie niepokoić ich mieszkańców - i tak mają tutaj sporo turystów - jedziemy drogą, prowadzącą do Atlantyku, ku ulubionej miejscowości turystów nastawionych na plażowanie - Cap Skiring. My się tam nie wybieramy, bardziej chodzi nam oglądanie Afryki, niż jej wybrzeża, zaś europejskich turystów "plażowych" chcemy szczególnie unikać, po doświadczeniach z Abene. Jakoś i tubylcy wydają nam się dużo bardziej naturalni, kiedy nie mają okazji do zbyt wielu kontaktów z Europejczykami. Także zdjęć z mijanych wiosek nie mam prawie wcale - co to za zdjęcia zrobione podczas jazdy? Trochę szkoda, bo w tym rejonie domki pośród ogromnych drzew wyglądają niesamowicie. Na pocieszenie - zdjęcie jednego z takich wioskowych olbrzymów:


W Oussouye jest knajpka z pysznym jedzeniem i dostępem do internetu - ale po ziguinchorskim obiedzie jesteśmy mało zainteresowani tym dobrodziejstwem. Jest też ciekawe muzeum, ale chcemy dotrzeć na kemping przed nocą - a przede wszystkim: spotkać przewoźników, z którymi zamierzamy przeprawić się na wyspę. Muzeum musi poczekać na naszą następną wizytę w okolicy.
Dojeżdżamy do Elinkine późnym popołudniem. Najpierw spotykamy się z przewoźnikiem, poleconym nam w Ziguinchor przez pana Sambę. Wieczorem ma przyjść do naszego obozowiska i ustalimy trasę (oraz cenę) jutrzejszej wycieczki. Podczas oczekiwania na tłumacza ( Mamadou mówi tylko po francusku) na głównym placyku miasteczka, nasze busy - jak zwykle - zostają oblepione przez ciekawskie dzieciaki w różnym wieku. Usiłujemy rozmawiać, ale - niestety, niestety - tu już francuski jest niezbędny - to nie to samo, co przy granicy z anglojęzyczną Gambią.
Jedziemy na kemping, którego właścicielem jest Francuz, Luc - co istotne, to WYMOWA jego imienia. Nie wolno mówić, prostacko: [l u k], wszak on jest [l i k]. Wyjątkowo sfochowany typ, wielbiący wyłącznie rodaków, innych turystów traktujący jako zło konieczne. Ale jego kemping - należy przyznać - położony jest malowniczo nad brzegiem rzeki. Szczególnie doceniamy to wieczorem, gdy zachodzi słońce i nocą, gdy świecą gwiazdy.







 

Panowie dają koncert bębniarski, co w promieniach zachodzącego słońca stwarza niepowtarzalną atmosferę. Jak - po Abene - mam lekki wstręt do bębnów, tak tutaj pasują idealnie.

 

Miejscowa fauna zupełnie nie przejmuje się turystami:




Jest też pelikan, którego chłopcy, z Gilbertem na czele, postanawiają uwolnić z uwięzi. Na szczęście nie zdążają, okazuje się bowiem, że to pelikan "hodowlany" - jeden z elementów kempingu - obok małpy na smyczy i papużki z podciętymi skrzydłami.


 


Należy nadmienić, że woda nad którą się znajdujemy, to wciąż rzeka Casamance - w pobliżu ujścia do Atlantyku, ale nadal jest to rzeka. Nie zezwalam na kąpiele w słodkich wodach, ze względu na zagrożenie schisosomatosą - pasożytniczą chorobą, którą można złapać w słodkich wodach tego terenu. Jest bunt, bo woda aż zaprasza do kąpieli - zresztą inni turyści, mniej strachliwi, korzystają z niej bez oporów.

Psów w okolicy kempingu jest kilka. Ale jeden "specjalny" - to młodzieniec, który natychmiast zadomawia się u nas. Różni się nieco od afrykańskich psów: jest mniej dziki, sprawia wrażenie czystego i ma nieco dłuższe włosy. Ismena nazywa go Orzeszkiem i już wiem, że będzie problem przy odjeździe........




Na kolację mamy zestaw wegetariański:

- papaja (prawdopodobnie) wyłącznie dla amatorów - jak dla mnie - smakuje jak sfermentowany melon. Ale pestki ma fotogeniczne.



- warzywa z kociołka - baaaardzo ostre, bardzo smaczne. Krojone przez Mirka oraz Ismenę, przygotowywane przez Mirka, doprawiane przez Martina



- sałatka z awokado by Asia - niestety zdjęcia nie zdążyłam zrobić - zniknęła w mgnieniu oka, jako antidotum dla ostrości dania głównego
- makaron z masłem - też wegetariańsko, ale bez warzyw - tylko dla antyjarzynowej młodzieży.


Wieczorem odwiedza nas Mamadou z tłumaczem - Francisem. Ustalamy program wycieczki na wyspę Karaban.



czwartek, 3 stycznia 2013

Do miasta...


O poranku budzi mnie ruch w obozowisku: na szczęście, po otworzeniu oczu stwierdzam, że noc się skończyła. Ochoczo wychodzę z bezpiecznego samochodu i....od razu dostrzegam, że w okolicy panuje spory ruch. Drogą przechodzą mieszkańcy wioski - rolnicy do pracy w polu, rybacy do połowów; zwierzęta - na pastwiska. Pozdrawiają nas przyjaźnie i pytają, czy czegoś nie potrzebujemy, oferują swoje produkty. Panuje zupełnie inna atmosfera, niż zapamiętaliśmy z Abene - nikt natrętnie nas nie zaczepia, nikt nie mówi "ca va" tonem zaczepki, tylko zwyczajnie - tonem pozdrowienia. Przy naszym stole siedzi jakiś człowiek, miejscowy, próbując nawiązać z nami kontakt. Marnie to wychodzi, głównie dlatego, że on zna język francuski, my angielski. Jakoś, wspólnym wysiłkiem, znów angażując moje szczątki francuskiego z zakamarków mózgu oraz jego szczątki angielskiego - dowiadujemy się, że nazywają go Diram (chociaż na imię dano mu inaczej - pewnie nazbyt ozdobnie, żeby używać na co dzień), mieszka w pobliskiej wiosce, i chętnie nam coś ciekawego pokaże w okolicy.



Póki co jednak - zajmujemy się przyrządzaniem śniadania. A ma ono szanse być całkiem egzotycznym posiłkiem:
1.  Jarek dostarcza owoce baobabu, zwane małpim chlebem.


Martin je rozkraja maczetą i chętni mogą przystąpić do konsumpcji. Wnętrze przypomina konsystencją pastylki pudrowe. Smakuje kwaskowato, orzeźwiająco. Ale nie wszystkim przypada do gustu.



2. Otwieramy zielone owoce, zakupione wczoraj przy drodze. W nazwie, zapisanej na kartoniku, miały coś podobnego do kokosa, chociaż wcale na kokosa nie wyglądają:




Po przekrojeniu (znów maczeta Martina) widzimy wnętrze owocu, składające się z trzech komór, wypełnionych czymś w rodzaju galaretki. Raczej bez smaku, ale pewnie można ją docenić w chwilach niedoboru wody. Znów - nie wszystkim smakuje, ale część uczestników delektuje się z wyraźną przyjemnością.




Odnajdujemy nawet w okolicy drzewo, na którym rosną takowe. Nic nam to jednak nie mówi o ich nazwie. Nikt nam o niej nie chce powiedzieć, być może są nienazwane?


3. Z ciekawych potraw śniadaniowych mamy jeszcze cytryny, które po przekrojeniu okazują się....pomarańczami. A znaleźliśmy je, ułożone w zgrabny stosik, podczas porannego rekonesansu po okolicy.



A oto inne "owoce" tego rekonesansu:
 - porównanie wielkości drzewa z wielkością człowieka. Należy nadmienić, że nie jest to najbardziej monumentalne drzewo w okolicy. Do innych był jednak utrudniony dostęp, przez zarośla, trawy i krzaki.



- dziwny, płożący się drzewo-krzew




- jakieś zwitki uschniętych roślin, zawieszane na tasiemkach gdzieniegdzie pośród krzewów owocowych - ciekawe, jaką funkcję mają spełniać?




- ogromne, naprawdę ogromne drzewo, z którego odłamała się "gałązka"



- drzewa, zrośnięte ze sobą plątaniną ni to gałęzi, ni to powietrznych korzeni


- prawdziwa, najprawdziwsza dżungla, z lasem galeriowym





- kilka rzutów oka na nasze obozowisko - z daleka i z bliska







Krajobraz naturalny wygląda tak:




Krajobraz naturalny skalany obecnością obcego elementu, wygląda zaś tak:



Prawda, że biała, jasnowłosa, niebieskooka trzynastolatka tutaj wygląda dość ekscentrycznie?

Po śniadaniu, Diram prowadzi nas wąską ścieżką, aby nam "coś" pokazać. Niedługo idziemy, jakieś 200 metrów od obozowiska. Podchodzimy cichutko, żeby "czegoś" nie spłoszyć. I mamy "to" - mamy w zasięgu wzroku, mamy "przyłapane" na filmie. Na zdjęciach nie zdążyliśmy, KROKODYLE były zbyt szybkie i czmychnęły do wody w tempie błyskawicznym.
A mieszkają sobie w tej oto, niepozornej kałuży:



I my tutaj spędziliśmy noc??? W bujnym lesie, z dzikimi kotami, w sąsiedztwie krokodyli??? Jednak dobrze, że było ciemno, kiedy przyjechaliśmy...

Zaczajam się potem, z Ismeną i aparatem, bez innych podglądaczy, czekamy kilkanaście minut w ciszy, ale małe krokodylki schroniły się u mamusi, na dnie bajora (Diram mówi, że to, co widzieliśmy, to były młode, dorosłe są w głębinie i nie wychodzą na brzeg bez powodu) i nie zamierzają wychodzić. Na pocieszenie robimy fotkę niefrasobliwemu ptaszysku, przechadzającemu się nad stawem pełnym krokodyli i wracamy do obozu, żeby spakować się do wyjazdu.




Wyruszamy. Znów krajobrazy podobne, do tych widzianych poprzedniego dnia: rozlewiska, wioski (często umiejscowione przy jednym lub kilku monumentalnych drzewach), patrole mundurowe. Im bliżej do Ziguinchor, tym więcej wody, mniej wiosek. Zbliżamy się do Wielkiej Rzeki Casamance.




Zarośla namorzynowe. Mam do nich sentyment, bo znam je z książki dla dzieci, która zapadła mi w pamięć: "Kwora, córka delfinów" -  była to chyba pierwsza książką o Afryce, jaką przeczytałam.


Samotna krowa i samotny baobab.


Rolnicy przy pracy.


Rybak wyciągający sieci.



Nasza "Krówka" w podróży.

foto by Martin



Pierwsze spore miasto - Bignona. Słynne z dużego kościoła katolickiego:

foto by Mirek

 i  meczetu:



Po przeciwnej stronie ulicy - zabudowania szkoły, już puste o tej porze...



...i szybki rzut oka na jedną z głównych ulic - przez starania, żeby w kadr nie weszła mi koza czy coś w tym stylu (niełatwe), na zdjęciu zostaje uwieczniona  jakaś malownicza szopa:



A tu widok z perspektywy Mirka na jedną z ulic Bignony:

foto by Mirek

Wyjeżdżamy, bez obiadu (gdzie?) i bez zakupów (był jakiś targ, ale hmmm...dość prymitywny).
W pewnym momencie droga, z asfaltowej, zamienia się w brukowaną kostką. Znak, że zbliżamy się do cywilizacji. Jestem zaciekawiona, jak będzie wyglądać to - największe w południowym Senegalu - miasto.



Most na rzece Casamance. Na usprawiedliwienie należy koniecznie napisać, że most jest w trakcie remontu i panowie działają prężnie, żeby żaden turysta nie wklejał więcej na blogu fotki tej ruiny...

foto by Mirek



A tuż za mostem zaczyna się....
...miasto.....


Miasto?



Miasto!

foto by Mirek

I właściwie tyle tego miasta, co na powyższych zdjęciach. Krótko mówiąc: miasto  w Afryce oznacza chaos. Plus mało komfortowe - jak dla mnie - warunki termiczne. Tak, jest stanowczo zbyt gorąco, a należy podkreślić, że mamy (tutaj również!) chłodniejszą porę roku.....
Z mojej strony: rozczarowanie. Dokładnie nie wiem, czego spodziewałam się pod hasłem "miasto w Afryce", na pewno nie szklanych wieżowców...Ale też czegoś więcej, niż tego, co do tej pory widziałam, czyli: kóz, owiec, dzieci, straganów, lepianek, warsztatów, śmieci - z tym, że w większej skali i w większym nagromadzeniu, niż w małych miasteczkach. Nie ma sklepów, w rozumieniu "europejskim" - nawet takiego "supermarketu", w jakim zakupy robiliśmy w Gambii...Kempingu szukamy długo, stopniowo tracąc nadzieję, że coś takiego w ogóle możemy w Ziguinchor znaleźć - przedzieramy się przez fruwające resztki torebek foliowych, mijamy snujące się po ulicach zwierzęta, wygląda na to, że oddalamy się od centrum, jeśli tu w ogóle jakiekolwiek centrum istnieje. W końcu decydujemy się zasięgnąć języka - "tak, tak, jest tu kemping - tuż za tym murem" - mur wygląda jak ogrodzenie dzielnicy slumsów. W sumie - wszystko wokół wygląda, jak dzielnica slumsów, posadowiona na wielkim kozio-świńsko-owczym śmieciowisku.
Kemping nazywa się Auberge Aw-Bay i jest tak naprawdę hotelem, prowadzonym przez Doudou, z którym Dymitr natychmiast znajduje wspólny (chociaż nie francuski) język. Busy ledwie mieszczą się na mikroskopijnym podwóreczku hotelowym. W sumie - to chyba cud, że się mieszczą....

foto by Mirek
foto by Mirek


Jest godzina 17.30, zamawiamy obiad-kolację, bo zaczynamy być głodni. Tymczasem oddalamy się do korzystania z dobrodziejstw cywilizacji: bieżącej wody, pryszniców, toalet i....internetu.

Martin w ferworze pralniczym:

foto by Mirek

 Mycie w łazience - choć dość prostej - nabiera posmaku luksusu, po kilku dniach obmywania się pod polowym prysznicem z racjonowaną wodą. Kontakt ze światem ma zupełnie inne znaczenie, niż - wielokrotne w ciągu dnia - szperanie po forach, portalach informacyjnych i społecznościowych - nagle wiele rzeczy przestaje mieć znaczenie - liczy się możliwość dania sygnału znajomym: jestem, nie zjadły mnie lwy, w dodatku mam się całkiem dobrze, liczy się możliwość sprawdzenia, czy "na odległej Północy" jest wszystko w porządku - tak ogólnie, z grubsza, a nie czy pan polityk A zrobił aferę a aktorka B pokazała się drugi raz w tej samej sukience. W podróży człowiek zaczyna dokładnie widzieć, co jest naprawdę ważne i potrzebne, a jakie potrzeby sztucznie wytworzyła cywilizacja, po to tylko, żeby każdy chciał i musiał je zaspokajać.
Na czynnościach toaletowo - internetowych czas mija szybko. Tym bardziej, że pranie ręczne okazuje się tak odprężającą czynnością, że z rozpędu piorę wszystkie nasze brudne ubrania. Natomiast miejscowy komputer - o tym urządzeniu można by napisać poemat, gdyby tylko poemat mógł składać się z brzydkich, bardzo brzydkich wyrazów. To, że internet działa powoli, to jedna sprawa. To, że klawiatura ma zamienione litery, to drobiazg, do którego się jakoś można przyzwyczaić. Ale to, że w klawisze trzeba WALIĆ, żeby coś uzyskać, a czasami i to nie pomaga, to już poważny problem. Każde z nas - po wyrzuceniu z siebie porcji frustracji - łączy się z ulubionymi stronami (no, tak naprawdę to częścią ulubionych stron...).  Z kuchni dobiega żwawe skwierczenie - po zapachu domyślamy się, że jest to nasz kurczak/ryba z frytkami/ryżem. Coraz intensywniej odczuwamy głód.
W pewnym momencie orientujemy się, że odgłosy z kuchni ustały, a posiłku jak nie było, tak nie ma. Spoglądamy na zegarki - jest niemal 20.00 - od czasu zamówienia minęły ponad dwie godziny - gdybym wiedziała, że to tyle potrwa, sama zajęłabym się przyrządzaniem czegokolwiek - w kufrach mamy zapas produktów "szybkogotowalnych" - i nie są to wyłącznie zupki chińskie - te trzymamy na zupełnie awaryjne sytuacje. Gilbert maszeruje do kuchni, dopytać, ile będziemy czekać na kolację. Dowiaduje się, że jeszcze godzinka. Godzinka??? Czyli w sumie grubo powyżej trzech godzin zajmuje tu usmażenie kawałka mięsa z dodatkami dla zgłodniałej grupy gości - ot, miejscowa ciekawostka. Albo jakieś dziwne nieporozumienie.
Efekt jest taki, że Młodzież zjada natychmiast owe awaryjne zupki chińskie, my tymczasowo zapychamy się bagietką z serkiem topionym. Cóż - na kolację (nie bardzo zresztą smaczną) mało które z nas ma ochotę.
Po posiłku część Ekipy gra w UNO - bardzo dobra gra na każdą okazję. Ja zaszywam się w pokoju, aby przelać na papier swoje frustracje, związane z rozczarowaniami afrykańskimi. Zapiski te nie trafią jednak do bloga - pobyt w Ziguinchor - a może właśnie to wyrzucenie z siebie złych myśli - powodują, że następuje zwrot w moim postrzeganiu Afryki. Nigdy nie będzie to mój ulubiony kontynent, ale zawsze będzie mnie coś do niego ciągnęło. Wiem, że jeśli tylko nadarzy się okazja, na pewno tu wrócę, żeby się nacieszyć jej odmiennością.